12. Ile masz lat, Lilia?
Leżeliśmy jeszcze chwilę obok siebie, dysząc w piasek, jakbyśmy dopiero co przebiegli maraton. Potem Lilia podparła się na łokciu, odwróciła do mnie i spojrzała z tym leniwym, kocim uśmiechem, który potrafi rozbroić wszystko.
– Ale zrobiłeś mi dobrze, chłopaku – powiedziała cicho, gardłowo, jakby każde słowo ważyła na języku.
Zamarłem.
– Co? – zapytałem, bo naprawdę nie byłem pewien, czy dobrze usłyszałem.
Przesunęła palcem po mojej piersi, zostawiając mokrą, słoną linię.
– Dawno tak nie miałam – powtórzyła, patrząc mi prosto w oczy. – Jesteś świetnym kochankiem, Kuba.
Poczułem, jak krew napływa mi do twarzy. Nie wiedziałem, gdzie podziać wzrok.
– Nie… – pokręciłem głową. – Przecież ja… no weź…
– Och, przestań – przerwała mi, śmiejąc się krótko, ale bez drwiny. – Nigdy nie spotkałam kogoś takiego jak ty.
Podniosła się powoli, jakby nie ważyła nic. Stanęła nade mną, naga, z piaskiem przyklejonym do kolan i ud, z włosami w nieładzie, z księżycem za plecami. Zrobiła dwa małe kroki w miejscu – niby żeby strzepnąć piasek, a naprawdę tylko po to, żeby zakręcić biodrami. Raz w lewo, raz w prawo. Ten sam ruch co na scenie, tylko teraz bez muzyki, bez świateł, tylko dla mnie.
I znowu zobaczyłem tę czerwoną rybkę – chociaż jej tam nie było. Naprawdę ją widziałem. Na skórze, w pamięci, w głowie. Pośladki miała pełniejsze niż zapamiętałem, bardziej miękkie, bardziej prawdziwe. Patrzyłem na nią jak na cud.
– Ile masz lat, Lilia? – wyrwało mi się, zanim zdążyłem ugryźć się w język.
Zamarła na sekundę, a potem spojrzała na mnie z ukosa, z tym łobuzerskim błyskiem.
– Oj… – westchnęła teatralnie. – A ile byś chciał, żebym miała, Kuba?
Zawstydziłem się jeszcze bardziej.
– Nie wiem… osiemnaście?
Wybuchła śmiechem – szczerym, głośnym, tak szczerym, że aż się zakrztusiła.
– Kuba! Kochany jesteś, naprawdę… – otarła łzy rozbawienia. – Ale trochę przesadziłeś.
– Dwadzieścia jeden? – próbowałem ratować sytuację.
Pokręciła głową, wciąż się śmiejąc.
– Dwadzieścia pięć?
Znowu pokręciła.
– Dwadzieścia dziewięć – powiedziała w końcu, prostując się z dumą. – Za rok kończę trzydziestkę.
Milczałem. Ta informacja uderzyła mnie jak fala. Dwadzieścia dziewięć. Rok starsza ode mnie. A jednocześnie wydawała się młodsza i starsza niż jakakolwiek kobieta, jaką znałem.
– I co? – zapytała, przekrzywiając głowę. – Za stara?
Zrobiłem wielkie oczy.
– Co ty gadasz… – wyrwało mi się. – Jesteś… idealna.
Uśmiechnęła się inaczej – nie łobuzersko, nie rozbrajająco. Tym razem ciepło, prawie nieśmiało.
– Idealna, powiadasz… – powtórzyła cicho. – To dobrze. Bo ja też tak o tobie myślę.
Zrobiła krok w moją stronę, potem drugi. Stanęła nade mną, rozstawiając lekko nogi, tak że jej cień padł mi na twarz.
– I wiesz co, Kuba? – szepnęła, pochylając się powoli.
– Co?
– Za stara czy nie… – jej usta były już tuż przy moich – …ja jeszcze nie skończyłam z tobą na dzisiaj.
I zanim zdążyłem odpowiedzieć, usiadła mi na biodrach okrakiem, powoli, jakby wchodziła do gorącej kąpieli.
A ja wiedziałem, że tej nocy naprawdę nie pójdziemy spać.
Zmarszczyła brwi, udając śmiertelną obrazę, ale kąciki ust zdradzały ją natychmiast.
– Daj mi go – rzuciła zaczepnie, przeciągając samogłoski.
– Oj, Lilia… starczy już – jęknąłem, choć w środku aż iskry poszły. – Nie dam rady, zaraz umrę.
– Co?! – prychnęła, waląc mnie otwartą dłonią w pierś. – Ja tu ledwo żyję z rozkoszy, a ty mi tu „nie dam rady”, łobuzie jeden! Rozbudziłeś mnie, a teraz chcesz uciec?!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz