Szukaj na tym blogu

16 stycznia 2026

Czerwona rybka

12. Ile masz lat, Lilia?


Leżeliśmy jeszcze chwilę obok siebie, dysząc w piasek, jakbyśmy dopiero co przebiegli maraton. Potem Lilia podparła się na łokciu, odwróciła do mnie i spojrzała z tym leniwym, kocim uśmiechem, który potrafi rozbroić wszystko.

– Ale zrobiłeś mi dobrze, chłopaku – powiedziała cicho, gardłowo, jakby każde słowo ważyła na języku.

Zamarłem.

– Co? – zapytałem, bo naprawdę nie byłem pewien, czy dobrze usłyszałem.

Przesunęła palcem po mojej piersi, zostawiając mokrą, słoną linię.

– Dawno tak nie miałam – powtórzyła, patrząc mi prosto w oczy. – Jesteś świetnym kochankiem, Kuba.

Poczułem, jak krew napływa mi do twarzy. Nie wiedziałem, gdzie podziać wzrok.

– Nie… – pokręciłem głową. – Przecież ja… no weź…

– Och, przestań – przerwała mi, śmiejąc się krótko, ale bez drwiny. – Nigdy nie spotkałam kogoś takiego jak ty.

Podniosła się powoli, jakby nie ważyła nic. Stanęła nade mną, naga, z piaskiem przyklejonym do kolan i ud, z włosami w nieładzie, z księżycem za plecami. Zrobiła dwa małe kroki w miejscu – niby żeby strzepnąć piasek, a naprawdę tylko po to, żeby zakręcić biodrami. Raz w lewo, raz w prawo. Ten sam ruch co na scenie, tylko teraz bez muzyki, bez świateł, tylko dla mnie.

I znowu zobaczyłem tę czerwoną rybkę – chociaż jej tam nie było. Naprawdę ją widziałem. Na skórze, w pamięci, w głowie. Pośladki miała pełniejsze niż zapamiętałem, bardziej miękkie, bardziej prawdziwe. Patrzyłem na nią jak na cud.

– Ile masz lat, Lilia? – wyrwało mi się, zanim zdążyłem ugryźć się w język.

Zamarła na sekundę, a potem spojrzała na mnie z ukosa, z tym łobuzerskim błyskiem.

– Oj… – westchnęła teatralnie. – A ile byś chciał, żebym miała, Kuba?

Zawstydziłem się jeszcze bardziej.

– Nie wiem… osiemnaście?

Wybuchła śmiechem – szczerym, głośnym, tak szczerym, że aż się zakrztusiła.

– Kuba! Kochany jesteś, naprawdę… – otarła łzy rozbawienia. – Ale trochę przesadziłeś.

– Dwadzieścia jeden? – próbowałem ratować sytuację.

Pokręciła głową, wciąż się śmiejąc.

– Dwadzieścia pięć?

Znowu pokręciła.

– Dwadzieścia dziewięć – powiedziała w końcu, prostując się z dumą. – Za rok kończę trzydziestkę.

Milczałem. Ta informacja uderzyła mnie jak fala. Dwadzieścia dziewięć. Rok starsza ode mnie. A jednocześnie wydawała się młodsza i starsza niż jakakolwiek kobieta, jaką znałem.

– I co? – zapytała, przekrzywiając głowę. – Za stara?

Zrobiłem wielkie oczy.

– Co ty gadasz… – wyrwało mi się. – Jesteś… idealna.

Uśmiechnęła się inaczej – nie łobuzersko, nie rozbrajająco. Tym razem ciepło, prawie nieśmiało.

– Idealna, powiadasz… – powtórzyła cicho. – To dobrze. Bo ja też tak o tobie myślę.

Zrobiła krok w moją stronę, potem drugi. Stanęła nade mną, rozstawiając lekko nogi, tak że jej cień padł mi na twarz.

– I wiesz co, Kuba? – szepnęła, pochylając się powoli.

– Co?

– Za stara czy nie… – jej usta były już tuż przy moich – …ja jeszcze nie skończyłam z tobą na dzisiaj.

I zanim zdążyłem odpowiedzieć, usiadła mi na biodrach okrakiem, powoli, jakby wchodziła do gorącej kąpieli.

A ja wiedziałem, że tej nocy naprawdę nie pójdziemy spać.

Zmarszczyła brwi, udając śmiertelną obrazę, ale kąciki ust zdradzały ją natychmiast.

– Daj mi go – rzuciła zaczepnie, przeciągając samogłoski.

– Oj, Lilia… starczy już – jęknąłem, choć w środku aż iskry poszły. – Nie dam rady, zaraz umrę.

– Co?! – prychnęła, waląc mnie otwartą dłonią w pierś. – Ja tu ledwo żyję z rozkoszy, a ty mi tu „nie dam rady”, łobuzie jeden! Rozbudziłeś mnie, a teraz chcesz uciec?!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...