Szukaj na tym blogu

20 lutego 2026

Czerwona rybka,

48. I wszedłem w nią znowu


Ale wtedy, o nie, to nie był jeszcze koniec tego, co tak intensywnie, tak niepohamowanie, tak niebiańsko-piekielnie rozpoczęliśmy – to był zaledwie początek, zaledwie pierwsze drgnienie najwspanialszego szaleństwa, które nas ogarnęło, które nas pochłonęło, które nas spaliło i odrodziło w jednym płomieniu miłości i pożądania.

Ten potężny, wszechogarniający, miażdżący orgazm, który jeszcze nie dobiegł do końca, który jeszcze nie zdążył wypełnić jej po brzegi moją miłością, moim grzesznym, gorącym, gęstym, niekończącym się pożądaniem, jeszcze pulsował we mnie, jeszcze drżał w moich biodrach, jeszcze błagał o więcej, gdy już leżała na moim łóżku, na tych lnianych, biało-niebieskich, pachnących słońcem i mną prześcieradłach, leżała na plecach, całkowicie naga, całkowicie otwarta, całkowicie moja.

W jej oczach płonął ogień – dziki, nieokiełznany, pierwotny ogień, którego wcześniej nie widziałem, ogień, który wyzwalał w niej nową istotę, boginię, demona, syrenę, dziecko i kobietę w jednym, spojrzenie miało w sobie szaleństwo tak słodkie, tak nieprzyzwoicie piękne, że serce moje pękało z nadmiaru miłości.

Było w nim coś z małej dziewczynki, która właśnie dostała najpiękniejszą lalkę na świecie i teraz chce ją wziąć w ręce, chce ją tulić, chce ją całować, chce ją mieć całą dla siebie.

Jej rozpromienione, czarne, błyszczące oczy mówiły wszystko:

„Chodź do mnie, łobuzie, zróbmy to jeszcze raz, chcę cię poczuć głęboko w sobie, chcę cię mieć całego, teraz, już, natychmiast”.

Leżała na moim łóżku z szeroko, tak szeroko, jak tylko się dało, rozłożonymi nogami – uda rozchylone, kolana ugięte, stopy na pościeli, wszystko odsłonięte, wszystko dostępne, wszystko błagające o dotyk.

Patrzyła mi prosto w oczy, nie odwracając wzroku ani na chwilę, i obejmowała mnie za szyję, przyciągając do siebie mocno, rozpaczliwie, jakby bała się, że zniknę, jakby bała się, że to sen.

A ja kładłem się już na niej, podparty na ramionach, mięśnie napięte, skóra gorąca, pot spływający po plecach, gotowy do kolejnej rundy, do kolejnego szaleństwa, do kolejnego zanurzenia w niej.

Kiedy zbliżyłem się na odpowiednią odległość, nie czekała.

Nie mogła czekać.

Oplotła swoje nogi na moich pośladkach – mocno, zdecydowanie, nieznosząc sprzeciwu – i przyciągnęła mnie do siebie jednym, władczym ruchem.

Tym sposobem to ona zdecydowała, że mam w nią wejść już teraz, natychmiast, bez zwłoki.

W jej oczach błysnęło zwycięstwo – słodkie, drapieżne, nieznoszące sprzeciwu zwycięstwo.

Miałem ją zaspokoić po raz kolejny.

Teraz.

W tej chwili.

Całkowicie.

– Och, Kuba, ty dziki ogierze – wydyszała mi prosto w twarz, gorącym, wilgotnym oddechem, który pachniał miłością, potem i grejpfrutem – bierz mnie, spraw, żebym krzyczała z rozkoszy, spraw, żebym zapomniała, jak się nazywam, spraw, żebym była tylko twoja.

I wszedłem w nią znowu – mocno, głęboko, do samego końca, z głośnym, mokrym, niebiańskim mlaśnięciem.

Jej ścianki zacisnęły się na mnie jak najsłodsze więzienie.

Jej biodra uniosły się, by przyjąć mnie całego.

Jej ręce wbiły się w moje plecy.

I zaczęliśmy od nowa.

Mocniej.

Głębiej.

Dłużej.

Bez końca.

Na zawsze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

16. Rozkosz z przerażeniem Później, choć ona już nie zdawała sobie z tego sprawy w pełni, jej pączek – ten delikatny, ukryty skarb między ud...