Szukaj na tym blogu

2026-02-19

Czerwona rybka

47. I wtedy doszedłem


I doskonale zdawałem sobie sprawę – o tak, zdawałem sobie sprawę z każdej sekundy, z każdego drgnienia, z każdego uderzenia serca – że mój czas w tym najświętszym, najbardziej dekadenckim akcie miłosnym jest wyliczony co do ułamka sekundy, co do jednego oddechu, co do jednego mlaśnięcia naszych ciał, które splatały się w jedno, nierozdzielne, nieśmiertelne jestestwo. Wiedziałem, wiedziałem z absolutną, bolesną, rozkoszną pewnością, że finał zbliża się wielkimi krokami, że nadciąga niczym niepowstrzymana fala oceanu, niczym lawina pożądania, niczym sam koniec świata, i że w żaden sposób, w żaden ludzki, żaden boski sposób nie będę w stanie go powstrzymać, nie będę chciał go powstrzymać, nie będę śmiał go powstrzymać.

Każde kolejne pchnięcie, każde kolejne wejście w jej rozpalone, wilgotne, ciasne, niebiańsko ciasne wnętrze było coraz większym wyzwaniem, coraz większą torturą, coraz większą rozkoszą, która rozrywała mnie na kawałki i składała na nowo, która paliła żywym ogniem i jednocześnie chłodziła najsłodszym nektarem.

Ale o to właśnie chodziło – o to, by poszybować jak najdalej, jak najwyżej, jak najgłębiej, gdy przyjdzie ten moment, by całkowicie stracić kontakt z rzeczywistością, by stać się czystą rozkoszą, czystym światłem, czystym krzykiem, czystym niebem i piekłem w jednym.

Jeśli do tej pory jej biodra były nieco odsunięte od mojego torsu – o te kilka centymetrów wolności, o te kilka centymetrów, które pozwalały mi penetrować ją z pełną swobodą, z pełną mocą, z pełną namiętnością – to teraz przywarła do mnie jak na klej, jak na wieczną pieczęć, jak na ostatnią deskę ratunku w burzy.

Mogliśmy poruszać się tylko razem – jedno ciało, jeden oddech, jeden rytm, jedno bicie serca.

Wymagało to ode mnie dużo większego wysiłku – mięśnie ramion paliły żywym ogniem, plecy napięte jak struny, pot spływał po skroniach, po kręgosłupie, po piersiach, mieszając się z jej potem, z jej zapachem, z jej miłością.

Trudniej było mi powstrzymać napływającą rozkosz, która rozsadzała mi czaszkę, która rozlewała się po całym ciele niczym lawa z wulkanu, która paliła, paliła, paliła.

Przyspieszyłem.

Zacząłem podrzucać ją jak najcięższą, najdroższą, najcudowniejszą piłkę świata – w górę, w dół, w górę, w dół – a ona podskakiwała na mnie, jej piersi falowały, jej włosy czarne, mokre, pachnące morzem i seksem, opadały na moją twarz, jej ręce zaciskały się na mojej szyi, jej uda ocierały się o moje biodra, jej wnętrze zaciskało się na mnie coraz mocniej, coraz ciaśniej, coraz niebiańsko ciaśniej.

Z jej gardła, z tego najsłodszego, najbardziej melodyjnego gardła, wydobywały się słodkie stęknięcia i westchnienia – och, ach, och – które brzmiały jak najpiękniejsza muzyka, jak symfonia rozkoszy, jak pieśń syreny, która wzywa mnie na dno oceanu miłości.

A kiedy fala rozkoszy – ta wielka, niepowstrzymana, miażdżąca fala – ogarnęła moją świadomość, moje ciało, moją duszę, straciłem wszelką kontrolę, straciłem wszelką wolę, straciłem wszystko, co nie było nią.

Wiedziałem, że jedynym możliwym rozwiązaniem jest jak najszybszy, jak najbardziej intensywny, jak najbardziej szalony ruch posuwisto-zwrotny, który wystrzeli mnie na koniec wszechświata, który rozedrze mnie na kawałki i poskłada w jej ramionach na nowo.

Odchyliłem się do tyłu, by lepiej ułożyła się na mnie, by jej ciało przylgnęło do mojego jeszcze mocniej, jeszcze doskonalej, jeszcze niebiańsko.

I uderzałem – w szaleńczym tempie, w rytmie, który nie był już ludzki, tylko boski, tylko diabelski, tylko nasz.

– Och, och, ach… – stękała słodko, głosem, który był już tylko krzykiem rozkoszy, tylko błaganiem o więcej, tylko dziękczynieniem za wszystko.

I wtedy doszedłem.

Doszedłem tak mocno, tak głęboko, tak całkowicie, że świat zniknął.

Że nie było już domu, nie było już Sopotu, nie było już sierpnia.

Była tylko ona.

I ja w niej.

I nasza miłość, która właśnie eksplodowała jak supernova.

I trwała.

I trwała.

I trwała.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Czerwona rybka

52. Pędziłem do met y Jej lewa noga opadła na łóżko, miękko, leniwie, jakby sama nie chciała już dłużej walczyć z grawitacją, jakby chciała ...