Szukaj na tym blogu

26 lutego 2026

Czerwona rybka

54. I bzykaliśmy się dalej


Kochaliśmy się w pozycji klasycznej, na misjonarza, lecz z tą jedną, niebiańsko grzeszną różnicą, że jej nogi – te długie, smukłe, rozpalone, wilgotne od potu i miłości nogi – były uniesione wysoko, bardzo wysoko, i rozłożone szeroko na boki, tak szeroko, jak tylko pozwalało jej cudowne, elastyczne, całkowicie oddane ciało, stercząc niczym dwie żerdzie wbite w najsłodsze, najgorętsze mrowisko rozkoszy, które kiedykolwiek istniało na tej ziemi.

Klęczałem tuż za jej pośladkami – tymi najokrąglejszymi, najjędrzejszymi, najdoskonalszymi pośladkami świata – mocno pochylony, oparty ramionami po obu stronach jej torsu, tak że moje dłonie wbijały się w materac obok jej ramion, a moje spojrzenie mogło pożerać każdy centymetr jej twarzy, jej szyi, jej piersi, jej wszystkiego.

Ten sposób ułożenia naszych ciał – jej całkowicie otwartej, całkowicie mojej, całkowicie bezbronnej i jednocześnie całkowicie władczej – dawał mi pełną, absolutną, niepohamowaną kontrolę nad tym, co robiłem, nad rytmem, nad głębokością, nad siłą, nad każdym pchnięciem, które było jednocześnie modlitwą i przekleństwem.

Mój twardy, żylasty, napięty do granic, pulsujący życiem kutas wchodził w nią z ogromną siłą, z siłą, która była jednocześnie delikatnością i brutalnością, miłością i grzechem, za każdym razem dobijając do samego końca, do samego dna, do samego serca jej rozpalonej, wilgotnej, ciasnej, niebiańsko ciasnej pizdeczki, która obejmowała mnie, tuliła, więziła, kochała.

A mój worek mosznowy – ciężki, napięty, pełen życia – rozgniatał się między jej mokrą, ociekającą sokami miłości szparką a podstawą mojego ogiera, z głośnym, mokrym, nieprzyzwoicie pięknym mlaśnięciem, które rozbrzmiewało w izbie niczym bębny wojenne, niczym pieśń zwycięstwa, niczym muzyka samego nieba.

Czułem, jak moje jaja robią się coraz twardsze, coraz cięższe, coraz bardziej napięte, jak energia w nich zgromadzona – ta pierwotna, niepohamowana, nieziemska energia – domaga się uwolnienia coraz intensywniej, coraz głośniej, coraz bardziej rozpaczliwie.

– Hhh… ooooh… aaaah… och, och, och… – wyrzucała z siebie, głosem, który był już tylko westchnieniem, tylko jękiem, tylko krzykiem rozkoszy, urywanym, nieregularnym, gorącym, pachnącym miłością i grzechem.

Jej oddech był szybki, ciężki, mokry.

Jej piersi unosiły się i opadały w rytm moich pchnięć.

Jej uda drżały na moich ramionach.

Jej ręce szukały oparcia – w pościeli, w moich ramionach, w moich włosach.

I kochaliśmy się dalej – mocno, głęboko, bez końca, w słońcu wpadającym przez wielkie okno, w szumie sosen, w zapachu potu, miłości i nas.

A później położyłem się na niej, całym swoim ciężarem, całym swoim pożądaniem, całym swoim życiem, między jej szeroko, tak szeroko, tak nieprzyzwoicie szeroko rozchylonymi udami – tymi udami, które były jednocześnie bramą do nieba i otchłanią piekła, miękkimi, gorącymi, drżącymi, pachnącymi potem, miłością i grzechem.

A ona, moja Lilia, moja bogini, moja jedyna, objęła moje biodra swoimi łydkami – smukłymi, silnymi, rozpalonymi łydkami – i z całą siłą, z całą desperacją, z całą miłością dociskała mnie do siebie, jakby bała się, że zniknę, jakby chciała mnie wessać w siebie na zawsze, jakby chciała, żebym nigdy, przenigdy nie wyszedł.

– Aaaahhh… oooohhh… oj! Aaaaaahhhh… och, och, och… – jej westchnienia, jej jęki, jej krzyki były symfonią rozkoszy, najpiękniejszą, najbardziej nieprzyzwoitą, najbardziej niebiańską symfonią, która kiedykolwiek rozbrzmiewała w moim domku, w moim życiu, w moim sercu – urywane, gardłowe, gorące, mokre od łez i potu, pachnące miłością i grzechem.

Jej drobne dłonie – te delikatne, ale silne, te czułe, ale drapieżne dłonie – z szeroko rozpostartymi palcami wbijającymi się w połówki swoich pośladków, rozchylały je na boki, mocno, zdecydowanie, rozpaczliwie, jakby chciała udostępnić mi jeszcze więcej siebie, jeszcze głębiej, jeszcze intymniej, jeszcze bardziej całkowicie, jakby chciała, żebym wszedł w nią nie tylko ciałem, ale całą duszą, całym jestestwem, całym życiem.

Zdawało mi się, że już dawno, dawno temu powinienem eksplodować, że już dawno powinienem stracić kontrolę, że już dawno powinienem wypełnić ją po brzegi moim gorącym, gęstym, niekończącym się białym i lepkim pożądaniem – ale jak na razie nic takiego się nie zdarzyło.

Byłem na granicy, na tej najwęższej, najsłodszej, najbardziej nie do zniesienia granicy, a ten szczególny moment zdawał się odsuwać w czasie, uciekać przede mną złośliwie, ale tak słodko złośliwie, że prawie błagałem o więcej tej tortury, o więcej tej rozkoszy.

Widziałem też, że wraz z upływem kolejnych minut, kolejnych oddechów, pchnięć, nabieram coraz większej wprawy w tym akcie miłosnym, w tej liturgii, w tej mszy ciała i duszy.

Poruszałem się płynnie, ale w różnym tempie – raz przyspieszając do granic możliwości, do szaleństwa, do nieba, a za chwilę zwalniając, delektując się każdym pchnięciem, każdym centymetrem jej rozpalonej, wilgotnej, ciasnej, niebiańsko ciasnej cipeczki, która obejmowała mnie, tuliła, więziła, kochała.

I bzykaliśmy się dalej – mocno, głęboko, bez końca, w słońcu wpadającym przez wielkie okno, w szumie sosen, w zapachu potu, miłości i nas.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...