Szukaj na tym blogu

11 lutego 2026

Czerwona rybka

39. Z nią, w niej, dla niej


Jednym jedynym, gwałtownym, niemal sakralnym ruchem podciągnąłem koszulkę wyżej, wyżej, ponad te najdoskonalsze, najpełniejsze, najcudowniejsze piersi, które kiedykolwiek stworzył Bóg lub diabeł, potem przez głowę, a materiał, jeszcze ciepły od jej ciała, od jej potu, od jej pożądania, poleciał w kąt niczym biała flaga kapitulacji przed niepohamowaną namiętnością, która już pochłaniała nas oboje niczym ogień pochłania suchą sosnę.

Ona odwróciła się do mnie, czarna bogini, czarna syrenka, czarna królowa, chwyciła mnie za pasek zębami, zębami białymi, ostrymi, drapieżnymi, rozpięła go jednym szarpnięciem, jakby sam pasek był przeszkodą niegodną istnieć między nami, spodnie opadły z szelestem, który brzmiał jak westchnienie ziemi, gdy wreszcie pozwala się kochać.

Ja zdjąłem jej majteczki, te cienkie, białe, przezroczyste jak mgła poranna nad zatoką, które i tak nic nie zakrywały, które były tylko kpiną z przyzwoitości, i już byliśmy nadzy, całkowicie nadzy, w pełnym, bezlitosnym świetle dnia, w moim domku, który nagle stał się za mały, za ciasny, za ubogi na wszystko, co w nas kipiało, płonęło, wyło, błagało o więcej.

Uklękła przede mną, powoli, z namaszczeniem, jakby klęczała przed ołtarzem, przed relikwią, przed jedynym bogiem, którego chciała czcić.

Spojrzała na mój oręż, wielki, sterczący, twardy jak stal, napięty jak struna, pulsujący życiem, miłością, szaleństwem, i zbliżyła do niego swoje gorące, wilgotne, grzeszne usta.

Najpierw tylko pocałunek, czuły, delikatny, niemal święty, na samym czubku, na tej jednej, wrażliwej kropce, która była całym moim światem.

Przez moje plecy przebiegł gorący dreszcz, taki, że prawie upadłem, że prawie rozpłynąłem się w tej rozkoszy, która była jednocześnie torturą i zbawieniem.

– Och Lilia, Boże, Boże, co ty robisz? – jęknąłem, głosem, który już nie był moim głosem, tylko błaganiem, tylko modlitwą.

– Cicho, Kuba, cicho, cicho, mój ukochany, mój jedyny – westchnęła gorąco, głosem, który był jednocześnie miodem i trucizną. – Chcę cię mieć całego. Każdy centymetr twojego ciała, każdy milimetr twojej skóry, każdy skrawek twojej duszy. Chcę cię poznawać bardzo powoli, dokładnie, tak jakbyśmy mieli na to całą wieczność, a jednocześnie jakby to była nasza ostatnia chwila.

Jezu, jaki ty jesteś gorący… zawsze gotowy… zawsze dla mnie.

Przy tobie jestem mokra. Ciągle mokra. Od samego patrzenia na ciebie.

Daj mi go. Nie protestuj. Oddaj mi się cały.

I wzięła mnie do ust.

To była symfonia.

Symfonia grzechu i świętości, nieba i piekła, życia i śmierci.

Najpierw tylko wierzchołek, usta zamknęły się tuż za grubą, nabrzmiałą żyłą, delikatnie, ale tak erotycznie, tak nieprzyzwoicie doskonale, że prawie upadłem, że prawie rozpłynąłem się w tej rozkoszy, która była jednocześnie torturą i zbawieniem.

Potem język, ten cudowny, sprytny, nieposłuszny język, zaczął zataczać kółeczka, w jedną stronę, w drugą, powoli, leniwie, jakby smakowała najdroższy miód, jakby chciała wycisnąć ze mnie każdą kroplę życia.

Uniosła wzrok i spojrzała mi w oczy – głęboko, głębiej niż ktokolwiek kiedykolwiek, z tym błyskiem „jesteś mój, tylko mój, na zawsze mój”.

Położyłem dłonie na jej głowie, rozczesywałem te czarne, wilgotne, pachnące morzem i seksem włosy, a ona…

a ona wzięła mnie głęboko.

Naprawdę głęboko.

Jej usta wcisnęły się w mój zarost, nos dotknął mojego podbrzusza, a czubek wylądował w jej gardle, w tym gorącym, ciasnym, niebiańskim gardle.

Nie wytrzymałem.

Z krzykiem, który nie był już ludzkim krzykiem, z jękiem, który był jednocześnie błaganiem i dziękczynieniem, wystrzeliłem prosto w nią – gorąco, gęsto, długo, długo, długo.

Myślałem, że się zakrztusi.

Myślałem, że nie da rady.

Nic takiego.

Przełknęła wszystko, wszystko, wszystko.

Z kącika jej ust wydostała się tylko jedna, mała, biała kropelka – perła, która spłynęła po brodzie jak łza rozkoszy.

Trząsłem się jak galareta, jak liść na wietrze, jak człowiek, który właśnie dotknął nieba i wrócił na ziemię.

A ona patrzyła na mnie z dołu – oczy błyszczące, usta opuchnięte, uśmiech zwycięski, królewski, boski.

I wiedziałem, że to dopiero początek.

Że te sześć dni będzie wiecznością.

I że już nigdy, przenigdy nie będę chciał innego życia niż to – z nią, w niej, dla niej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...