34. Bilet w dwie strony
Końcówka mojego członka musnęła rowek między jej pośladkami – ciepły, miękki, wilgotny od snu i od tego, co zostało z nocy.
Lilia westchnęła cicho przez sen i… podciągnęła kolana wyżej pod brodę, wypinając się jeszcze bardziej w moją stronę.
To nie było przypadkowe.
To było zaproszenie.
Nie wchodziłem od razu.
Najpierw tylko bawiłem się – przesuwałem się po jej szparce, powoli, czubkiem, rozsmarowując wilgoć, która już tam była.
Czułem jej ciepło, jej zapach, jej gotowość.
Każdy ruch był jak tortura – najsłodsza tortura świata.
A potem ona przesunęła udo wyżej.
Rozchyliła się.
Dosłownie zaprosiła.
Nie wytrzymałem.
Jedno delikatne pchnięcie i byłem w niej – do połowy, potem powoli, bardzo powoli, do końca.
Ciche, mokre mlaśnięcie.
Jej westchnienie.
Moje drżenie.
Przywarłem do niej całym ciałem – klatką do pleców, biodrami do pośladków, ramieniem objąłem ją w pasie.
Zacząłem się poruszać – bardzo powoli, prawie niedostrzegalnie, żeby nie obudzić reszty świata.
Była ciasna.
Gorąca.
Mokra jak po deszczu.
Każdy ruch był jak zanurzanie się w najgłębszy sen.
Nie spieszyłem się.
To nie był seks.
To było coś więcej – poranne, ciche, intymne połączenie dwojga ludzi, którzy nawet we śnie nie potrafią się od siebie oderwać.
Poruszałem się w niej rytmicznie, głęboko, ale bez pośpiechu.
Ona oddychała coraz szybciej, ale nie otwierała oczu.
Może spała.
Może udawała.
Nie miało to znaczenia.
Kiedy doszedłem – cicho, głęboko, z westchnieniem w jej włosy – nie krzyczałem.
Tylko wyszeptałem, prawie bez tchu:
– Och, Lilia… kocham cię.
A ona, nie otwierając oczu, przesunęła dłoń do tyłu, znalazła moją i ścisnęła mocno.
I zasnęliśmy znowu – złączeni, w naszym kącie pod skosem, podczas gdy reszta zespołu spała dalej, nieświadoma, że właśnie dokonało się coś, co nie mieści się w żadnej skali.
Bo to nie był już seks.
To była miłość.
W najczystszej, najcichszej formie.
***
Nie spodziewałem się tego, co stało się przed południem.
Myślałem, że najgorsze, co może nas spotkać, to kac po wczorajszym winie.
Poddasze pachniało kawą, seksem i morzem. Czułem się taki szczęśliwy, że prawie bolało.
Chłopaki właśnie wyszli – Rudy z niedopitym kubkiem w garści, Daniel z gitarą na ramieniu, Mały jeszcze półprzytomny, mruczący coś o „magic buttons”, Stefan z fajką w zębach i cichym „do jutra, dzieciaki”. Drzwi trzasnęły, schody zaskrzypiały, bordowa Warszawa (podstawiona z klubu przez znajomego) zaryczała pod oknem i odjechała.
Zostaliśmy sami.
Lilia stała przy czajniku w mojej za dużej koszulce, która sięgała jej do połowy ud, boso, z włosami w nieładzie, które opadały na ramiona jak czarne fale. Ja siedziałem przy stoliku, telefon w dłoni, i patrzyłem na wiadomość, która właśnie rozwaliła mi świat na pół.
„Hej Kuba,
potwierdzamy ofertę na Vizual Identity dla Nordic Telecom.
Start 18 sierpnia, Sztokholm.
28 000 EUR netto/miesiąc + mieszkanie na Södermalmie + bilet w dwie strony.
Decyzja do 18:00 dzisiaj.”
Dwadzieścia osiem tysięcy euro miesięcznie.
Mieszkanie z widokiem na Riddarfjärden.
Rok kontraktu.
To było więcej, niż zarobiłem przez trzy ostatnie lata razem wzięte.
Lilia postawiła przede mną kubek z kawą, pochyliła się i pocałowała mnie w czubek głowy.
– Co tak patrzysz w ten telefon, jakby ci ktoś umarł?
Nie odpowiedziałem od razu.
Podniosłem wzrok. Zobaczyła moją twarz i zamarła.
– Co się stało? – zapytała ciszej.
Podałem jej telefon.
Przeczytała.
Raz. Drugi. Trzeci.
Jej oczy robiły się coraz większe.
– Dwadzieścia osiem tysięcy euro… miesięcznie? – szepnęła.
– I musisz jechać… za sześć dni?
Skinąłem głową.
Kawa stała nietknięta.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz