36. Ja nie kocham przegranych
Siedziałem na samym brzegu łóżka, niczym skazaniec na krawędzi przepaści, plecak otwarty niczym czeluść, która miała pochłonąć całe moje dotychczasowe życie, ręce moje, te same ręce, które jeszcze wczoraj, jeszcze przed chwilą, pieściły najświętsze zakątki jej ciała, trzęsły się tak gwałtownie, tak bezlitośnie, tak rozpaczliwie, że szczoteczka do zębów, ta mała, niepozorna, biała szczoteczka, tańczyła w moich palcach niczym liść na wichurze, nie mogąc znaleźć schronienia w kieszonce przeznaczenia.
Lilia stała w progu, w mojej za dużej koszulce, która opadała na jej biodra niczym płótno mistrza na ołtarz, boso, z kubkiem kawy w dłoniach drżących jak liście osiki, i patrzyła na mnie tak, jakby chciała wypalić moje oblicze w swojej duszy na wieczność, jakby każdy szczegół, każda zmarszczka, każdy kosmyk włosów opadający na moje czoło miał być ostatnią relikwią, którą zabierze ze sobą w samotność.
– Kuba… – zaczęła cicho, głosem, który był jednocześnie szeptem morza i krzykiem burzy. – A więc jedziesz naprawdę?
Nie odpowiedziałem od razu.
Tylko spojrzałem na nią – i wszystko, co chciałem powiedzieć, wszystko, co czułem, wszystko, co kochałem, utknęło mi w gardle niczym perła w muszli, której nie sposób wydobyć.
– Muszę – wyrwało mi się w końcu, głosem chropowatym, jakby ktoś właśnie przeciągnął mnie po szkle. – To jest… to jest jedyna, niepowtarzalna, raz-dana-w-życiu szansa, która spada z nieba niczym grom, która pali, która oślepia, która może mnie wznieść albo spalić na popiół.
Dwadzieścia osiem tysięcy euro miesięcznie – jak zaklęcie, jak przekleństwo, jak obietnica raju.
Mieszkanie na Södermalmie, gdzie światło północy maluje ściany złotem o trzeciej nad ranem.
Rok.
Cały rok.
Jak nie pojadę, będę się gryzł do końca moich dni, będę budził się w nocy z krzykiem, że zmarnowałem wszystko przez miłość, a nie chcę, nie mogę, nie śmiałbym kochać cię z wyrzutem w sercu.
Skinęła głową, ale oczy miała mokre, wielkie, czarne, pełne łez, które jeszcze nie spadły, ale już wisiały na rzęsach jak perły na nici przeznaczenia.
– Wiem – wyszeptała, a jej głos był jak szum fal rozbijających się o skały. – Wiem, kochanie.
Tylko… sześć dni.
Sześć krótkich, okrutnie krótkich, boleśnie krótkich dni, które miały być całym nieskończonym sierpniem, całym życiem, całym oddechem, całym światem.
Wstałem.
Podszedłem do niej, jakby przez morze.
Wziąłem kubek z jej rąk – gorący, pachnący kawą i jej palcami – postawiłem na parapecie, objąłem ją mocno, tak mocno, że czułem bicie jej serca przez moją koszulkę, przez skórę, przez duszę.
– Boże kochany – szepnąłem jej w włosy, które pachniały morzem, seksem i łzami – to niesamowite wyzwanie.
To jak przesiąść się z małej, kruchej łódki na olbrzymi, statek, który płynie w nieznane.
Posłuchaj… a jak nie dam rady? – głos mi się załamał, jak gałąź pod śniegiem. – Jak tam będzie za trudno? Jak mnie zjedzą żywcem?
Ja naprawdę nie mam aż tyle doświadczenia… to poziom bogów, a ja jestem tylko człowiekiem.
Odchyliła się, wzięła moją twarz w dłonie – te dłonie, które jeszcze wczoraj, jeszcze przed chwilą, trzymały mnie w sobie – i spojrzała tak głęboko, że prawie się rozpłynąłem w jej oczach.
– Słuchaj mnie uważnie, Kuba Rawicz, mój ukochany, mój jedyny, mój cały – powiedziała, a jej głos był jednocześnie mieczem i balsamem. –
Ktoś, kto nigdy cię na oczy nie widział, ktoś, kto nie zna smaku twoich ust, zapachu twojej skóry, ciepła twojego ciała, proponuje ci dwadzieścia osiem tysięcy euro miesięcznie.
Nie dlatego, że jesteś „wystarczająco dobry”.
Dlatego, że jesteś cholernie, nieprzyzwoicie, genialnie dobry.
Ja to wiem od pierwszego spojrzenia na ciebie w pierwszym rzędzie, gdy patrzyłeś na mnie tak, jakbyś już mnie kochał.
Wierzę w ciebie bardziej niż w siebie, bardziej niż w morze, bardziej niż w czerwoną rybkę.
I jak tam będzie trudno – przypomnisz sobie moją twarz.
I dasz radę.
Bo ja nie kocham przegranych.
A ty nigdy przegranym nie będziesz.
Zacisnąłem zęby.
Łzy stanęły mi w oczach, gorące, ciężkie, ale nie pozwoliłem im spaść.
– A ty? – zapytałem, głosem, który drżał jak liść na wietrze. – Salt Wave… Main Stage…
To twój sen, twój oddech, twoje życie.
Jak podpiszesz, a ja będę w Sztokholmie…
co jeśli to będzie twój przełom, a ja nie będę przy tobie, nie będę trzymał cię za rękę, gdy zejdziesz ze sceny?
Uśmiechnęła się – przez łzy, ale z tym swoim łobuzerskim, niepokornym, nieśmiertelnym błyskiem, który kochałem nad życie.
– To będzie mój przełom – powiedziała. –
Ale tylko wtedy, gdy będziesz na mnie patrzył z pierwszego rzędu.
Bo bez ciebie to będzie tylko koncert.
A z tobą – to będzie życie.
Całe moje życie.
Milczeliśmy długo, bardzo długo, w tej ciszy pełnej łez i nadziei, w tej ciszy, która była głośniejsza niż jakikolwiek krzyk.
Tylko oddechy.
I bicie dwóch serc w jednym, rozpaczliwym rytmie.
– Sześć dni – powiedziałem w końcu, głosem, który brzmiał jak przysięga. – Mamy sześć dni.
Ani minuty mniej.
– Ani sekundy – dodała, a jej palce splotły się z moimi tak mocno, że prawie bolało.
I wtedy, w tej ciszy pełnej łez i nadziei, w osiemnastu metrach kwadratowych poddasza, pod sierpniowym niebem Sopotu, które nigdy nie było tak błękitne i tak okrutne jednocześnie, wiedzieliśmy oboje, z całą pewnością, która boli jak najpiękniejsza rana:
to nie jest koniec.
To tylko przerwa.
I że szóstego września, o 20:30, na Main Stage Salt Wave Festival, wszystko się zacznie od nowa.
Ale na razie mieliśmy sześć dni.
I zamierzaliśmy je przeżyć tak, jakby były wiecznością.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz