Szukaj na tym blogu

2026-02-18

Czerwona rybka

46. To jest wieczność


To nie był seks.

O nie, to nie był zwykły, przyziemny, pospolity seks, który znają śmiertelni w swej nędznej, ograniczonej cielesności.

To był balet, najświętszy, najbardziej dekadencki balet dwóch ciał, dwóch dusz, dwóch płonących, rozpływających się w sobie jestestw, taniec na stojąco, taniec w powietrzu, taniec, w którym ziemia przestała istnieć, a grawitacja stała się jedynie kapryśnym sługą naszego pożądania.

Bardzo mocno, niemal boleśnie mocno, oplotła moją szyję swoimi ramionami – ramionami smukłymi, ciepłymi, pachnącymi solą morza, potem miłości, wanilią jej skóry i czymś jeszcze, czymś nieuchwytnym, czymś wyłącznie jej, czymś, co sprawiało, że każdy dotyk jej dłoni na moim karku był jak pieczęć wieczności.

Przywarła do mnie piersiami – tymi najpełniejszymi, najmiększymi, najcudowniejszymi piersiami, które kiedykolwiek stworzył Bóg w swej hojności lub diabeł w swej złośliwej łaskawości – sutki twarde, gorące, ocierające się o moją klatkę przez każdy oddech, przez każde drgnienie, przez każde westchnienie.

A ja zacisnąłem dłonie na jej pośladkach – tych najokrąglejszych, najjędrzejszych, najdoskonalszych pośladkach, które były jednocześnie ołtarzem i ofiarą – palce wbiły się w miękką, gorącą, wilgotną od potu skórę, i unosiłem ją, unosiłem wysoko, opuszczałem nisko, w rytm, w tak cudowny, niebiański rytm naszego wspólnego, niepohamowanego, niekończącego się pożądania.

Mój wielki, napięty, pulsujący, rozpalony do białości gigant, ustawiony pod kątem czterdziestu pięciu stopni, wchodził w nią z głośnym, mokrym, zmysłowym, nieprzyzwoicie pięknym mlaśnięciem – wchodził do samego końca, do samego dna, do samego serca jej jestestwa, a potem wysuwał się prawie w całości, prawie, zostawiając tylko czubek, tylko obietnicę, tylko torturę oczekiwania, by zaraz znowu zanurzyć się w niej całym sobą, całym życiem, całą duszą.

Wszystko płynnie, tak płynnie, tak harmonijnie, że prawie słyszałem muzykę – muzykę naszych pragnień, naszych oddechów, naszych serc bijących w jednym, szalonym rytmie, muzykę, która była jednocześnie symfonią Beethovena i pieśnią syren, która wzywała na dno najgłębszego oceanu rozkoszy.

To było powolne, głębokie, wahadłowe kołysanie, które trzymało nas na najwęższej, najsłodszej, najbardziej nie do zniesienia krawędzi między rajem a piekłem, między życiem a śmiercią, między bytem a niebytem.

Zdała mi się nie być kobietą – o nie, nie zwykłą kobietą – lecz aniołem i demonem w jednym, istotą stworzoną z czystego ognia i czystej wody, z czystej miłości i czystego grzechu, zdała mi się być każdym moim oddechem, każdym uderzeniem serca, każdym drgnieniem ciała, każdym westchnieniem duszy.

A później zatrzymałem to cudowne unoszenie i opuszczanie jej słodkiego, lekkiego, niebiańskiego ciała.

Zastygła w powietrzu niczym posąg najpiękniejszej bogini, utrzymywana jedynie siłą moich mięśni, moich ramion, mojej miłości, mojej woli, która nie pozwalała jej spaść, nie pozwalała jej uciec, nie pozwalała jej być gdzie indziej niż we mnie.

I tylko płynny, głęboki, niekończący się ruch bioder – do góry, do dołu, do przodu, do tyłu – był jedynym ruchem w tym akcie miłosnym, jedynym tańcem, jedyną modlitwą, jedyną symfonią.

A później dołączyłem do tego jeszcze okrężne ruchy – niewielkie, cudowne, niebiańskie półkola, elipsy, które zataczałem, wchodząc w nią do samego końca, do samego dna, do samego serca, do samego nieba.

I to wywołało w moim mózgu burzę tak słodką, tak nie do zniesienia, tak rozkoszną, że prawie straciłem przytomność, że prawie rozpłynąłem się w tej rozkoszy, która była jednocześnie torturą i zbawieniem, piekłem i rajem, życiem i śmiercią.

– Ooooch… – westchnęła gorąco, prosto w moje usta, oddechem, który był jednocześnie ogniem i miodem, jednocześnie błaganiem i rozkazem.

Czas się zatrzymał.

Świat się zatrzymał.

Byliśmy tylko my dwoje – złączeni, nadzy, płonący, wiecznie młodzi, wiecznie spragnieni, wiecznie w sobie.

I w tej jednej, jedynej, niekończącej się chwili,

gdy słońce wpadało przez wielkie okno i malowało nasze ciała złotem,

gdy szum sosen był jedyną muzyką,

gdy zapach drewna, potu, miłości i nas wypełniał całe powietrze,

wiedzieliśmy, że to nie jest seks.

To jest wieczność.

I my właśnie w niej żyjemy.

Na zawsze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Czerwona rybka

52. Pędziłem do met y Jej lewa noga opadła na łóżko, miękko, leniwie, jakby sama nie chciała już dłużej walczyć z grawitacją, jakby chciała ...