55. Skurcz w okolicy moszny
W pewnym momencie, w tej niekończącej się, niepohamowanej, niebiańsko-piekielnej symfonii naszych ciał, w tej dekadenckiej liturgii pożądania, która zdawała się trwać wieczność i jednocześnie mijać w mgnieniu oka, znów z niej wypadłem – mój twardy, żylasty, rozpalony do białości penis wysunął się z jej gorącego, wilgotnego, ciasnego, pulsującego wnętrza z głośnym, mokrym, nieprzyzwoicie pięknym mlaśnięciem, które rozbrzmiało w izbie niczym westchnienie samego domu, jakby sam dom żałował tej chwili rozłąki.
Wilgotny, gorący, zdesperowany, parujący aromatem miłości, seksu i grzechu, z zawirowaniem myśli tak gwałtownym, że prawie straciłem przytomność, z drżeniem całego ciała tak silnym, że prawie upadłem, na chwilę straciłem kontrolę, całą kontrolę, nad sobą, nad światem, nad wszystkim.
Szepnąłem „przepraszam” – cicho, jakby w przelocie, jakby to słowo było jedyną kotwicą, która trzymała mnie przy rzeczywistości – i spojrzałem na jej buzię, na tę najpiękniejszą, najcudowniejszą, najniebiańską buzię świata, i zobaczyłem na niej wyraz ciepłego zaskoczenia, lekkiego rozbawienia, a jednocześnie głębokiej, niepohamowanej miłości.
– Już dobrze… – powiedziała cicho, głosem miękkim, gardłowym, pełnym czułości i pożądania, głosem, który był jednocześnie śmiechem i jękiem, a później wzięła mnie w swoją dłoń – taką drobną, ale silną, taką ciepłą, taką pewną dłoń – takiego grubego, śliskiego od jej soków miłości, pulsującego, gotowego wybuchnąć ptaka, i włożyła z powrotem tam, gdzie było jego miejsce, tam, gdzie zawsze powinno być, w jej rozpaloną, wilgotną, ciasną, niebiańsko ciasną cipkę, która czekała na mnie, błagała o mnie, kochała mnie.
Dopiero później, w tej chwili absolutnego uniesienia, uświadomiłem sobie, że przecież znów zrobiła się tak ciasna, tak nieprawdopodobnie, tak obłędnie ciasna, że wyrzucała mnie z siebie jednym, nieświadomym, rozkosznym skurczem, jakby jej ciało chciało mnie jednocześnie zatrzymać na zawsze i jednocześnie drażnić, torturować, przedłużać tę niebiańską mękę.
I znów w mojej głowie pojawiało się pytanie – natarczywe, bolesne, rozkoszne pytanie – kiedy będzie finał, ten ostateczny, ten niebiański finał, kiedy to wszystko w końcu nastąpi, kiedy eksploduję w niej całym sobą, całym życiem, całą miłością.
– Och… – westchnąłem cicho, gardłowo, głęboko, głosem, który już nie był moim głosem.
Wsuwałem się powoli, bardzo powoli, centymetr po centymetrze, czując kolejne, zaciskające się pierścienie jej gorącego, wilgotnego, pulsującego wnętrza, czując gorąco, które docierało do mózgu niczym lawa, niczym ambrozja, niczym sam ogień niebios, czując skurcz w okolicy moszny tak słodki, tak nie do opanowania, tak niebiański, że prawie krzyczałem z rozkoszy.
Dotarłem do końca – do samego dna, do samego serca, do samego nieba – przycisnąłem się mocno, całym sobą, całym ciężarem, całym pożądaniem, i zamarłem na chwilę, na jedną wieczną chwilę, by poczuć ją całą, by poczuć nas.
Dopiero później delikatnie się wycofałem – powoli, bardzo powoli, czując, jak jej ścianki obejmują mnie, tulą, nie chcą puścić – by w następnej sekundzie wejść już bardziej gwałtownie, mocniej, głębiej, z głośnym, mokrym, nieprzyzwoicie pięknym mlaśnięciem.
I kochaliśmy się dalej – mocno, głęboko, bez końca, w słońcu wpadającym przez wielkie okno, w szumie sosen, w zapachu potu, miłości i nas.
Bo to nie był seks.
To była wieczność.
I my właśnie w niej żyliśmy.
Na zawsze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz