32. Stefan pompował drugi materac
Serce mi zabiło mocniej. Przyciągnąłem ją do siebie, zatrzymaliśmy się przy wejściu na molo. Inni poszli dalej, Rudy wołał: „Hej, zakochańcy, nie zgubcie się!”
Ale my już byliśmy zgubieni – w sobie. Pocałowałem ją czule, długo, jej usta smakowały spritzem i solą. Ręce sunęły po plecach, biodrach, a bryza rozwiewała jej włosy, muskając moją twarz. Morze szumiało w tle, jak ich prywatna kołysanka.
– Boże, Kuba – szepnęła, odrywając się na moment. – Jak ty mnie całujesz, to świat znika.
– To dobrze – odparłem – bo chcę, żeby został tylko nasz.
Ruszyliśmy dalej, tuląc się, a za nami nadchodził wschód – różowy, złoty, oblewający Zatokę jak miód.
Nagle z bocznej uliczki wyszedł patrol policji – dwóch mundurowych na rowerach, w refleksyjnych kamizelkach. Rudy, idący przodem, zatrzymał się gwałtownie, prawie wpadając na nich.
– O kurczę, panowie stróże! – zawołał głośno, z trójmiejskim akcentem. – Spokojnie, my tylko po koncercie. Flota wraca do portu.
Starszy policjant, z wąsem, zmarszczył brwi i zaświecił latarką po twarzach.
– Dobre sobie. O tej porze? Dokumenty poproszę.
Młodszy, z uśmiechem, spojrzał na Lilię.
– Moment, to pani Kostrzewa? Widziałem pani koncert w zeszłym tygodniu. Ta rybka… no, szacun.
Starszy pokręcił głową, ale nie naciskał.
– A auta gdzie? – zapytał, widząc naszą grupę bez kluczyków.
– Zostawiliśmy w Sfinksie – odparł Daniel spokojnie. – Barman pilnuje. Piechotą wracamy.
Starszy policjant westchnął.
– No, mądrze. Ale następnym razem taksówki bierzcie. Tu ślisko po mżawce, nie potknijcie się. Bezpiecznej nocy… dnia.
Odeszli, a Rudy parsknął.
– Widzieliście? Flota ma immunitet. Dzięki rybce!
Dotarliśmy do poddasza o piątej piętnaście, gdy słońce już wychodziło nad Helem, malując niebo na pomarańczowo. Schody skrzypiały pod nami jak stara łódź, a my wchodziliśmy tuląc się, śmiejąc z policji, z nocy, z siebie.
W środku pachniało kawą i nami. Lilia zamknęła drzwi.
– Teraz już naprawdę koniec nocy – szepnęła, ale jej oczy mówiły co innego.
I wiedziałem, że to nie koniec.
To dopiero początek.
W końcu dotarliśmy na miejsce.
W kantorku Lilia odnalazła trzy stare, niebieskie materace dmuchane, jeszcze z czasów, gdy z Danielem jeździli na Przystanek Woodstock i Open’era jako nastolatki. Kurz, zapach gumy i lata.
– Pompka się zepsuła w zeszłym roku – oznajmiła, rzucając je na podłogę. – Będziemy pompować jak nasi ojcowie.
Daniel i Stefan uklękli jednocześnie.
Daniel wziął ustnik w zęby i zaczął dmuchać, a Stefan pompował drugi materac ręką.
– Ożeż… to brzmi jak seks, tylko wolniej – jęknął Daniel po trzecim wdechu, z twarzą czerwoną od wysiłku.
Stefan parsknął śmiechem:
– Jak będziesz tak sapiał, to Lilia jeszcze pomyśli, że próbujesz ją uwieść.
– Za późno – odparła Lilia, oparta o framugę z rękami skrzyżowanymi. – Już raz próbował. Miał trzynaście lat i trądzik.
Rudy, który właśnie próbował pomóc, usiadł po turecku na jednym z materacy i… zasnął. Głowa opadła mu na pierś, ręce zwisały bezwładnie.
– Patrzcie, nasz perkusista już ćwiczy stopę – rzucił Mały, wskazując na jego chrapanie, które zaczęło się natychmiast, głośne, jakby ktoś odpalił traktor.
– To nie stopa – poprawił Daniel, wciąż dmuchając. – To cała maszyna.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz