Szukaj na tym blogu

4 lutego 2026

Czerwona rybka

32. Stefan pompował drugi materac


Serce mi zabiło mocniej. Przyciągnąłem ją do siebie, zatrzymaliśmy się przy wejściu na molo. Inni poszli dalej, Rudy wołał: „Hej, zakochańcy, nie zgubcie się!”

Ale my już byliśmy zgubieni – w sobie. Pocałowałem ją czule, długo, jej usta smakowały spritzem i solą. Ręce sunęły po plecach, biodrach, a bryza rozwiewała jej włosy, muskając moją twarz. Morze szumiało w tle, jak ich prywatna kołysanka.

– Boże, Kuba – szepnęła, odrywając się na moment. – Jak ty mnie całujesz, to świat znika.

– To dobrze – odparłem – bo chcę, żeby został tylko nasz.

Ruszyliśmy dalej, tuląc się, a za nami nadchodził wschód – różowy, złoty, oblewający Zatokę jak miód.

Nagle z bocznej uliczki wyszedł patrol policji – dwóch mundurowych na rowerach, w refleksyjnych kamizelkach. Rudy, idący przodem, zatrzymał się gwałtownie, prawie wpadając na nich.

– O kurczę, panowie stróże! – zawołał głośno, z trójmiejskim akcentem. – Spokojnie, my tylko po koncercie. Flota wraca do portu.

Starszy policjant, z wąsem, zmarszczył brwi i zaświecił latarką po twarzach.

– Dobre sobie. O tej porze? Dokumenty poproszę.

Młodszy, z uśmiechem, spojrzał na Lilię.

– Moment, to pani Kostrzewa? Widziałem pani koncert w zeszłym tygodniu. Ta rybka… no, szacun.

Starszy pokręcił głową, ale nie naciskał.

– A auta gdzie? – zapytał, widząc naszą grupę bez kluczyków.

– Zostawiliśmy w Sfinksie – odparł Daniel spokojnie. – Barman pilnuje. Piechotą wracamy.

Starszy policjant westchnął.

– No, mądrze. Ale następnym razem taksówki bierzcie. Tu ślisko po mżawce, nie potknijcie się. Bezpiecznej nocy… dnia.

Odeszli, a Rudy parsknął.

– Widzieliście? Flota ma immunitet. Dzięki rybce!

Dotarliśmy do poddasza o piątej piętnaście, gdy słońce już wychodziło nad Helem, malując niebo na pomarańczowo. Schody skrzypiały pod nami jak stara łódź, a my wchodziliśmy tuląc się, śmiejąc z policji, z nocy, z siebie.

W środku pachniało kawą i nami. Lilia zamknęła drzwi.

– Teraz już naprawdę koniec nocy – szepnęła, ale jej oczy mówiły co innego.

I wiedziałem, że to nie koniec.

To dopiero początek.

W końcu dotarliśmy na miejsce.

W kantorku Lilia odnalazła trzy stare, niebieskie materace dmuchane, jeszcze z czasów, gdy z Danielem jeździli na Przystanek Woodstock i Open’era jako nastolatki. Kurz, zapach gumy i lata.

– Pompka się zepsuła w zeszłym roku – oznajmiła, rzucając je na podłogę. – Będziemy pompować jak nasi ojcowie.

Daniel i Stefan uklękli jednocześnie.

Daniel wziął ustnik w zęby i zaczął dmuchać, a Stefan pompował drugi materac ręką.

– Ożeż… to brzmi jak seks, tylko wolniej – jęknął Daniel po trzecim wdechu, z twarzą czerwoną od wysiłku.

Stefan parsknął śmiechem:

– Jak będziesz tak sapiał, to Lilia jeszcze pomyśli, że próbujesz ją uwieść.

– Za późno – odparła Lilia, oparta o framugę z rękami skrzyżowanymi. – Już raz próbował. Miał trzynaście lat i trądzik.

Rudy, który właśnie próbował pomóc, usiadł po turecku na jednym z materacy i… zasnął. Głowa opadła mu na pierś, ręce zwisały bezwładnie.

– Patrzcie, nasz perkusista już ćwiczy stopę – rzucił Mały, wskazując na jego chrapanie, które zaczęło się natychmiast, głośne, jakby ktoś odpalił traktor.

– To nie stopa – poprawił Daniel, wciąż dmuchając. – To cała maszyna.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...