49. Mocno, głęboko, bez końca
Roześmiała się – ciepło, serdecznie, głęboko, śmiechem, który był jednocześnie dzwonkiem najczystszej radości i grzmotem najgłębszego pożądania, śmiechem, który rozlał się po całym moim domku niczym złoty miód, niczym ambrozja, niczym sama esencja życia, śmiechem, który zdradzał, że już miała plan, już wiedziała, już czuła, już widziała w swej nieograniczonej, nieokiełznanej, niebiańskiej wyobraźni całą dalszą część tej zabawy, tej liturgii, tego świętego szaleństwa, które nas pochłaniało.
A później ona sama, moja Lilia, moja bogini, moja syrenka, moja jedyna, zaczęła poruszać biodrami pode mną – do góry i do dołu, do góry i do dołu, łagodnie, płynnie, ale zdecydowanie, z taką pewnością, z taką władzą, z taką rozkoszną tyranią, że czułem, jak tracę resztki kontroli, jak rozpływam się w niej, jak staję się tylko jej instrumentem, jej zabawką, jej najdroższym, najposłuszniejszym kochankiem.
Widać było, wyraźnie widać było, że to, iż ona prowadzi, że to ona dyktuje rytm, sprawia jej przyjemność tak wielką, tak nieprzyzwoicie wielką, że biło od niej głębokie, pierwotne, niepohamowane pożądanie, które było jednocześnie najczystszą miłością i najdzikszym grzechem.
Czułem, wiedziałem, czułem każdym nerwem, każdym porem, każdym oddechem, że jest jeszcze bardzo głodna – głodna czułych, zmysłowych, niekończących się pieszczot, głodna głębokiego, bezpruderyjnego, nieograniczonego seksu, głodna mnie całego, głodna nas.
Kiedy w pewnym momencie wbiła się na mnie szczególnie mocno, mocno, tak mocno, że aż świat zawirował, z jej gardła wydobyło się głębokie, gardłowe, niebiańskie westchnienie – westchnienie zaskoczenia, westchnienie zadowolenia, westchnienie rozkoszy tak czystej, że prawie świętej.
Wyprostowałem się.
Klęczałem przed nią, a ona zawisła na moim przyrodzeniu – nadziana jak na najsłodszy, najgorętszy, najcudowniejszy rożen świata, całkowicie otwarta, całkowicie moja, całkowicie nasza.
Obejmowała moje uda swoimi łydkami – ciepłymi, gładkimi, drżącymi – a mój twardy, napięty, rozpalony żołnierz wygiął się pod jej ciężarem aż do rozkosznego, niebiańskiego bólu, który był jednocześnie największą przyjemnością.
Nasze dłonie splotły się palcami na jej udach – mocno, rozpaczliwie, jakbyśmy bali się, że jeśli puścimy, to wszystko zniknie.
Patrzyliśmy sobie w oczy – głęboko, głębiej niż kiedykolwiek, głębiej niż morze, głębiej niż niebo – i doświadczaliśmy coraz szybciej narastającej nowej fali rozkoszy, fali, która była jednocześnie tsunami i delikatną bryzą, która była jednocześnie końcem świata i jego początkiem.
Trwało to tylko chwilę – jedną wieczną chwilę – bo już zaraz później przeszył ją dreszcz, słodki, niepowstrzymany, niebiański dreszcz, a jej ciało zwinęło się w najsłodszym, najpiękniejszym skurczu rozkoszy.
Głowa automatycznie powędrowała do tyłu, unosząc cały ciężar, włosy czarne, mokre, pachnące morzem i seksem, rozsypały się na pościeli niczym noc nad zatoką.
Jej oddech przyspieszył, stał się urywany, nieregularny, gorący, pachnący miłością.
Przymknęła powieki, a na jej twarzy malowała się ekstaza tak czysta, tak absolutna, że prawie święta.
Po chwili nasze dłonie znów się splotły, mocno, rozpaczliwie, wiecznie.
Pochyliłem się nieco nad jej ciałem – jej biodra na wysokości mojego podbrzusza, kręgosłup wygięty w najpiękniejszy pałąk świata, głowa oparta o pościel.
W ten sposób kochaliśmy się – wykonując coraz bardziej gwałtowne ruchy, ona ku mnie, ja w jej stronę, razem, zawsze razem, w jednym rytmie, w jednym oddechu, w jednej duszy.
– O, ooo, uuuuh… – pojękiwała coraz głośniej, głosem, który był już tylko krzykiem rozkoszy, tylko błaganiem o więcej, tylko dziękczynieniem za wszystko.
A kiedy moje kciuki znalazły się przy jej ustach, trzymane w jej dłoniach, zacisnęła na nich zęby – mocno, ale słodko – pozostawiając głębokie, czerwone ślady, które były pieczęcią, znakiem, relikwią naszej miłości.
Zwiększałem tempo.
Zamknęła oczy.
Otworzyła szeroko buzię, dysząc półprzytomnie, mokra od potu, od łez, od rozkoszy.
– O, ooo, uuuuh… – jej pojękiwania stawały się coraz głośniejsze, coraz bardziej bezwstydne, coraz bardziej niebiańskie.
I kochaliśmy się dalej – mocno, głęboko, bez końca, w słońcu, w szumie sosen, w zapachu drewna, potu, miłości i nas.
Bo to nie był seks.
To była wieczność.
I my właśnie w niej żyliśmy.
Na zawsze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz