Szukaj na tym blogu

5 lutego 2026

Czerwona rybka

33. Delikatnie uniosłem skraj kołdry


Po dziesięciu minutach na podłodze leżała wielka, niebieska, chybotliwa wyspa z trzech materacy. Koców było akurat – cztery grube, wełniane, pachnące Lilią i praniem. Nikt nie protestował, gdy rozlokowywali się jak sardynki.

Daniel i Rudy zajęli środkowy materac (Rudy już spał, więc Daniel po prostu położył go jak worek ziemniaków).

Mały wcisnął się na lewy, zwinął się w kłębek i mruczał coś o „magic buttons”.

Stefan, z westchnieniem „ja żonaty, więc osobno”, rozłożył się na prawym, z rękami pod głową.

Lilia złapała Kubę za rękę.

– Chodź – szepnęła i pociągnęła go w najniższy kąt pod skosem dachu, tam, gdzie było zaledwie 120 cm wysokości, gdzie pachniało drewnem i jej perfumami najmocniej.

Rozłożyli jeden koc na podłodze, drugi na siebie.

Położyli się na boku, twarzą do siebie – jej głowa na jego ramieniu, jego ręka na jej biodrze, nogi splecione tak ciasno, że nie było już miejsca na żaden wstyd.

Z głównej „wyspy” dobiegło już chrapanie w czterech tonacjach:

Rudy – jak piła łańcuchowa,

Daniel – niski, rytmiczny pomruk,

Mały – ciche gwizdanie, jakby ktoś przeciskał powietrze przez dziurkę od klucza,

Stefan – głębokie, spokojne westchnienia.

Lilia przytuliła policzek do piersi Kuby.

– To najciaśniejsze łóżko świata – szepnęła, muskając ustami jego szyję.

– I najwygodniejsze – odparł cicho, przesuwając dłonią po jej plecach.

– Dobranoc, Rybko – powiedział, gdy jej oddech już się wyrównywał.

– Dobranoc, kapitanie – odpowiedziała sennie.

I zasnęli – w samym centrum swojej własnej, osiemnastometrowej galaktyki, pod skośnym dachem, gdzie przez okno dachowe wpadało już pierwsze, blade światło nowego dnia, a czerwona rybka na sznurku kołysała się lekko, jakby też zasypiała.

W pokoju słychać było tylko pięć oddechów i pięć chrapań.

I morze za oknem, które nigdy nie zasypia.


***


Obudziłem się powoli, jakby ktoś delikatnie wyciągał mnie z najgłębszego snu.

Nie było gwałtownego przebudzenia – tylko spokojne stwierdzenie: nie śpię.

Coś mnie wyrwało: może głośne chrapanie Rudego, może skrzypnięcie podłogi, a może po prostu moje ciało, które już wiedziało, czego chce.

Leżałem na boku, wtulony w Lilię.

Cienka kołdra przykrywała nas oboje, ale pod spodem było gorąco – gorąco od jej skóry, od naszego wspólnego ciepła.

Poczułem głód, pragnienie… i coś znacznie silniejszego.

Pragnienie jej. Znowu. Natychmiast.

Uniosłem głowę ostrożnie.

W pokoju panowała cisza przerywana tylko chrapaniem:

Rudy – jak stary traktor na jałowym biegu,

Daniel – niski, rytmiczny pomruk,

Mały – ciche gwizdanie przez nos,

Stefan – głębokie, spokojne westchnienia.

Nikt się nie ruszał.

Wszyscy spali jak zabici po koncercie, alkoholu i marszu przez miasto.

Delikatnie uniosłem skraj kołdry.

I zamarłem.

Nie miałem bokserek.

Lilia też nie miała nic – ani jeansów, ani tej mikro-bluzeczki, ani bielizny.

Leżała na boku, plecami do mnie, z podkurczonymi nogami, a jej nagie, okrągłe, idealne pośladki były dokładnie na wysokości mojego biodra.

Mój członek – już w pełni gotowy, sztywny, pulsujący – dotykał niemal jej skóry.

Prawie.

Jeszcze centymetr.

Spojrzałem na stosik ubrań obok – moje bokserki, jej stringi, jeansy, bluzeczka – wszystko starannie złożone.

Nie pamiętałem, żebyśmy się rozbierali.

Ale najwyraźniej się rozebraliśmy.

We śnie.

Albo w półśnie.

I to było tak nieprawdopodobnie erotyczne, że prawie bardziej niż wszystko, co robiliśmy świadomie.

Nie musiałem się długo zastanawiać.

Ciało wiedziało lepiej.

Delikatnie, prawie bez ruchu, przysunąłem biodra bliżej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...