33. Delikatnie uniosłem skraj kołdry
Po dziesięciu minutach na podłodze leżała wielka, niebieska, chybotliwa wyspa z trzech materacy. Koców było akurat – cztery grube, wełniane, pachnące Lilią i praniem. Nikt nie protestował, gdy rozlokowywali się jak sardynki.
Daniel i Rudy zajęli środkowy materac (Rudy już spał, więc Daniel po prostu położył go jak worek ziemniaków).
Mały wcisnął się na lewy, zwinął się w kłębek i mruczał coś o „magic buttons”.
Stefan, z westchnieniem „ja żonaty, więc osobno”, rozłożył się na prawym, z rękami pod głową.
Lilia złapała Kubę za rękę.
– Chodź – szepnęła i pociągnęła go w najniższy kąt pod skosem dachu, tam, gdzie było zaledwie 120 cm wysokości, gdzie pachniało drewnem i jej perfumami najmocniej.
Rozłożyli jeden koc na podłodze, drugi na siebie.
Położyli się na boku, twarzą do siebie – jej głowa na jego ramieniu, jego ręka na jej biodrze, nogi splecione tak ciasno, że nie było już miejsca na żaden wstyd.
Z głównej „wyspy” dobiegło już chrapanie w czterech tonacjach:
Rudy – jak piła łańcuchowa,
Daniel – niski, rytmiczny pomruk,
Mały – ciche gwizdanie, jakby ktoś przeciskał powietrze przez dziurkę od klucza,
Stefan – głębokie, spokojne westchnienia.
Lilia przytuliła policzek do piersi Kuby.
– To najciaśniejsze łóżko świata – szepnęła, muskając ustami jego szyję.
– I najwygodniejsze – odparł cicho, przesuwając dłonią po jej plecach.
– Dobranoc, Rybko – powiedział, gdy jej oddech już się wyrównywał.
– Dobranoc, kapitanie – odpowiedziała sennie.
I zasnęli – w samym centrum swojej własnej, osiemnastometrowej galaktyki, pod skośnym dachem, gdzie przez okno dachowe wpadało już pierwsze, blade światło nowego dnia, a czerwona rybka na sznurku kołysała się lekko, jakby też zasypiała.
W pokoju słychać było tylko pięć oddechów i pięć chrapań.
I morze za oknem, które nigdy nie zasypia.
***
Obudziłem się powoli, jakby ktoś delikatnie wyciągał mnie z najgłębszego snu.
Nie było gwałtownego przebudzenia – tylko spokojne stwierdzenie: nie śpię.
Coś mnie wyrwało: może głośne chrapanie Rudego, może skrzypnięcie podłogi, a może po prostu moje ciało, które już wiedziało, czego chce.
Leżałem na boku, wtulony w Lilię.
Cienka kołdra przykrywała nas oboje, ale pod spodem było gorąco – gorąco od jej skóry, od naszego wspólnego ciepła.
Poczułem głód, pragnienie… i coś znacznie silniejszego.
Pragnienie jej. Znowu. Natychmiast.
Uniosłem głowę ostrożnie.
W pokoju panowała cisza przerywana tylko chrapaniem:
Rudy – jak stary traktor na jałowym biegu,
Daniel – niski, rytmiczny pomruk,
Mały – ciche gwizdanie przez nos,
Stefan – głębokie, spokojne westchnienia.
Nikt się nie ruszał.
Wszyscy spali jak zabici po koncercie, alkoholu i marszu przez miasto.
Delikatnie uniosłem skraj kołdry.
I zamarłem.
Nie miałem bokserek.
Lilia też nie miała nic – ani jeansów, ani tej mikro-bluzeczki, ani bielizny.
Leżała na boku, plecami do mnie, z podkurczonymi nogami, a jej nagie, okrągłe, idealne pośladki były dokładnie na wysokości mojego biodra.
Mój członek – już w pełni gotowy, sztywny, pulsujący – dotykał niemal jej skóry.
Prawie.
Jeszcze centymetr.
Spojrzałem na stosik ubrań obok – moje bokserki, jej stringi, jeansy, bluzeczka – wszystko starannie złożone.
Nie pamiętałem, żebyśmy się rozbierali.
Ale najwyraźniej się rozebraliśmy.
We śnie.
Albo w półśnie.
I to było tak nieprawdopodobnie erotyczne, że prawie bardziej niż wszystko, co robiliśmy świadomie.
Nie musiałem się długo zastanawiać.
Ciało wiedziało lepiej.
Delikatnie, prawie bez ruchu, przysunąłem biodra bliżej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz