Szukaj na tym blogu

3 lutego 2026

Czerwona rybka

31. A ja wciąż czuję cię w sobie


Tańczyliśmy blisko, jej biodra ocierały się o mnie, dłonie wędrowały po plecach. Daniel dołączył po bratersku, Rudy zrobił pociąg z Małym i jakąś fanką o turkusowych włosach. Mały czerwieniał się, ale tańczył jak szalony. Stefan siedział z winem, patrząc jak ojciec chrzestny, a gdy zagrało „Ne me quitte pas”, wstał i wziął Lili w ramiona – powoli, czule, jak na weselu.

– To mój drugi tata – szepnęła mi później, gdy wróciliśmy do stołu.

O 3:30 szampan – prosecco w lodzie. Lilia wskoczyła na krzesło, zaśpiewała refren nowej piosenki (tej o nas), a my wszyscy – mokrzy od tańca, z rumieńcami na twarzach – stuknęliśmy się kieliszkami.

O czwartej, gdy Sfinks pustoszał, siedzieliśmy już tylko my. Rudy spał z głową na stole, Mały podśpiewywał pod nosem, Daniel i Stefan palili fajkę przy okienku, szum morza wchodził do środka. Lilia z głową na moich udach, ja przeczesywałem jej włosy.

– Wiesz – szepnęła tak cicho, że tylko ja usłyszałem – jak byłam mała, bałam się, że lato skończy się i wszystko zniknie. Teraz już się nie boję.

Pocałowałem ją w czoło. Za oknem wstawało słońce, morze szumiało, a czerwona pluszowa rybka leżała między nami jak obietnica.

Wiedziałem, że sierpień się nie skończy.

Przynajmniej nie dla nas.


***


Słońce już wstawało nad Zatoką, różowe smugi przebijały mgłę unoszącą się nad plażą, gdy Rudy w końcu uniósł głowę ze stołu i zamrugał.

– Flota, czas płynąć do portu – wymamrotał, ziewając tak szeroko, że prawie połknął swoją szklankę.

Daniel dopił wódkę i pokiwał głową.

– Rudy ma rację. Tylko… kto prowadzi? – spojrzał na nas z ironicznym uśmiechem. – Bo ja czuję, że Warszawa sama nie pojedzie.

Wszyscy parsknęli śmiechem, ale Stefan, jak zawsze spokojny, machnął ręką.

– Spokojnie. Zostawiamy auta tutaj. Barman pilnuje, znamy się od lat. Jutro po nie wrócimy. A dziś… piechotą. Wszystko płynie, nawet nogi.

Mały, wciąż czerwony od ginu, jęknął.

– D-dobra, ale czyj to był pomysł, żeby przyjechać zabytkami? Teraz płyniemy do portu na nogach.

Lilia, z głową na moim ramieniu, uniosła brew.

– Mój, głuptasku. Ale przyznaj, było warto. – Ścisnęła mi dłoń i szepnęła: – Prawda, Kuba?

Skinąłem głową, choć w głowie szumiało mi jak w muszli. Alkohol mieszał się z szumem morza za oknem, ale nastrój był rewelacyjny – taki, kiedy świat wydaje się miękki, a każdy krok to przygoda.

Wyszliśmy o 4:45, gdy Sfinks już pustoszał. Na zewnątrz mżawka ustała, powietrze było wilgotne, gęste od soli, z lekką bryzą, która chłodziła skórę i rozwiewała włosy Lili. Temperatura spadła do 17 °C, ale po alkoholu w środku było ciepło. Rudy zatoczył się lekko, Daniel podparł go ramieniem.

– Płyniemy na poddasze Lili – zarządził Stefan. – To najbliżej. Domek szwedzki Kuby poczeka do jutra.

Nikt nie protestował. Ruszyliśmy Aleją Mamuszki w stronę Obrońców Westerplatte – piętnaście minut piechotą, z plażą po lewej i morzem szumiącym leniwie. Fale lizały piasek jak ciche westchnienia, a na horyzoncie pierwsze różowe smugi mieszały się z pomarańczową łuną latarni w Gdyni. Mewy darły się nad nami, a powietrze pachniało mokrym piaskiem i kawą z otwierających się budek.

Szliśmy w grupie, ale Lilia szybko chwyciła mnie za rękę i odciągnęła na bok, tuląc się mocno. Jej ciepła skóra ocierała się o moją, krok dopasowany do kroku. Szum w głowie rozpraszał myśli – wino mieszało wspomnienia plaży z koncertem, z balią, z Lilią – ale to było dobre rozproszenie, takie, które sprawia, że świat kręci się wolniej.

– Pamiętasz, jak tydzień temu myślałem, że jesteś snem? – powiedziałem, czując, jak jej palce splatają się z moimi.

– A ja myślałam, że nigdy nie podejdziesz – odparła, śmiejąc się cicho. – A teraz? Teraz jesteśmy tu, a ja wciąż czuję cię w sobie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...