50. Każde pchnięcie było modlitwą
W którymś momencie, w tej niekończącej się symfonii naszych ciał, w tej dekadenckiej liturgii pożądania, która zdawała się trwać wieczność i jednocześnie mijać w mgnieniu oka, oddała mi pałeczkę – moja Lilia, moja bogini, moja nieokiełznana syrenka – pozwoliła mi działać samodzielnie, pozwoliła mi stać się kapitanem tej burzy, dyrygentem tej orkiestry rozkoszy, malarzem tego obrazu, w którym ona była jednocześnie płótnem, farbą i pędzlem.
Opadła plecami na miękki, ciepły, pachnący nami i latem materac, na te lniane, biało-niebieskie prześcieradła, które już nigdy nie będą takie same, bo nosiły na sobie ślady naszych grzechów i naszych modlitw.
Rozłożyła kolana jeszcze szerzej, tak szeroko, jak tylko pozwalało jej cudowne, elastyczne, rozpalone ciało – szeroko, bezwstydnie, niebiańsko szeroko – odsłaniając wszystko, absolutnie wszystko, co najpiękniejsze, co najintymniejsze, co najświętsze w kobiecie.
Patrzyła na mnie płomiennym wzrokiem – oczy czarne, błyszczące, pełne ognia, który mógłby spalić cały świat, pełne miłości, która mogła go odbudować.
Wszedłem w nią powoli, bardzo powoli, z namaszczeniem, z czcią, z drżeniem, jakby to był najświętszy rytuał, jakby każdy centymetr jej wnętrza był relikwią, którą muszę uczcić, którą muszę posiąść, której muszę się pokłonić.
Bałem się – o tak, bałem się rozpaczliwie, że jeden nieopatrzny, zbyt gwałtowny ruch, jedno zbyt głębokie pchnięcie, i będzie po wszystkim, że eksploduję zbyt wcześnie, że nie zdążę nacieszyć się tą niebiańską ciasnotą, tym gorącem, tym wilgocią, tym pulsowaniem wokół mnie.
Trzymałem mojego członka w połowie długości – drżącą dłonią, spoconą, niepewną – i ostrożnie, bardzo ostrożnie wsunąłem się w jej wilgotną, ociekającą sokami miłości szparkę, która była jednocześnie najsłodszym rajem i najgorętszym piekłem.
Byłem skrajnie podniecony, w mojej głowie wirowało jak na karuzeli szaleństwa, jak w tańcu derwiszy, jak w ekstazie mistyka, który właśnie dotknął boskości.
Mój spracowany, ale wciąż gotowy, wciąż nieugięty, wciąż płonący żołnierz był naprężony do granic możliwości, czerwono-bordowy, lśniący od jej soków, od jej esencji, od jej miłości, pulsujący, żywy, niecierpliwy.
Kiedy wsunąłem się w jej wnętrze, ogarnęło mnie błogie gorąco – gorąco tak głębokie, tak całkowite, tak nie do zniesienia, że prawie krzyknąłem, że prawie upadłem, że prawie rozpłynąłem się w tej rozkoszy, która nakazywała jak najszybciej, jak najbardziej intensywnie doprowadzić całą zabawę do szczęśliwego finału, do eksplozji, do ekstazy, do nieba.
Z drugiej strony, im więcej w tym uczestniczyłem, im głębiej w niej byłem, im dłużej trwało to cudowne, powolne, głębokie zanurzenie, tym bardziej miałem ochotę na kolejne rundy, na kolejne godziny, na kolejne dni tego słodkiego, niekończącego się pojedynku, w którym nie było zwycięzców ani przegranych, tylko my, tylko miłość, tylko rozkosz.
Poruszałem się w niej powoli, bardzo powoli, z namaszczeniem, z czcią, z miłością tak wielką, że prawie bolało.
Każde pchnięcie było modlitwą.
Każde wycofanie – błaganiem o więcej.
Jej ścianki zaciskały się na mnie, obejmowały, tuliły, więziły, kochały.
Jej oddech – gorący, urywany, pachnący mną i nią – muskał moje usta.
Jej ręce – delikatne, ale silne – wędrowały po moich plecach, po karku, po włosach, zostawiając ślady paznokci jak pieczęcie.
I trwało to.
I trwało.
I trwało.
W słońcu.
W szumie sosen.
W zapachu drewna, potu, miłości i nas.
Bo to nie był seks.
To była wieczność.
I my właśnie w niej żyliśmy.
Na zawsze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz