Szukaj na tym blogu

16 lutego 2026

Czerwona rybka

44. Między śmiechem a płaczem


Ale to nie było wszystko, o nie, to było zaledwie preludium, zaledwie pierwszy akord najświętszej symfonii, która dopiero miała się rozlec po całym moim domu, po całym moim życiu, po całym świecie.

Byłem głodny, głodny tak, jak nigdy jeszcze nie byłem głodny w całym swoim nędznym, błogosławionym życiu: głodny jej ciała, jej zapachu, jej smaku, jej ciepła, jej drżenia, jej westchnień, jej śmiechu, jej łez rozkoszy, jej istnienia.

Zachowywałem się jak dziecko we mgle, dziecko zagubione w najpiękniejszym śnie, dziecko, które nie widzi, lecz czuje, czuje każdym nerwem, każdym porem, każdym oddechem, każdym uderzeniem serca.

Muskałem wargami, raz przy razie, centymetr po centymetrze, powoli, nabożnie, jakby każdy pocałunek był modlitwą, jakby każda kropla jej potu była hostią, jakby każdy milimetr jej skóry był relikwią, którą muszę uczcić, której muszę się pokłonić, którą muszę posiąść.

Zostawiałem za sobą wilgotny, błyszczący ślad, przesuwałem językiem po jej brzuchu, po tej płaskiej, ciepłej, opalanej słońcem równinie, i czułem jej smak – słony, słodki, niebiański, piekielny, jedyny.

A ona chichotała, chichotała jak mała dziewczynka, która właśnie odkryła, że może latać, a zaraz potem westchnęła głęboko, przeciągle, gardłowo, i wygięła się w łuk jak kotka, która dopiero co obudziła się z najpiękniejszego snu i chce więcej pieszczot, więcej, więcej, więcej.

Nigdzie się nie spieszyłem.

Czas przestał istnieć.

Była moja, cała moja, w każdym centymetrze swojej kobiecości, we wszystkich zakamarkach, we wszystkich wypukłościach, w każdym drżeniu, w każdym oddechu.

Była dostępna, całkowicie, bezwstydnie, niebiańsko dostępna.

Moja głowa, moja szyja, mój kark – wszystko znalazło się pod tą workowatą, sztywną, biało-niebieską sukienką, która nagle stała się niebem, sklepieniem, sanktuarium, najświętszym baldachimem nad moją miłością.

Ogarniała mnie sobą, całkowicie, jak matka, czuła, delikatna, obecna, pachnąca, ciepła, żywa.

Doświadczenie było inne niż wszystko, co znałem – niepowtarzalne, intymne, niemal mistyczne, jakbyśmy oboje weszli do innego wymiaru, gdzie nie ma już granic między ciałem a duszą.

Zatrzymałem się na chwilę w okolicy jej pępka – tego głębokiego, ciepłego, idealnego pępka – wsunąłem w niego język i zacząłem obracać powoli, bardzo powoli, jakby to był środek wszechświata, jakby to była gwiazda, wokół której kręci się całe moje życie.

A ona westchnęła znowu, jeszcze głębiej, jeszcze bardziej bezbronnie:

– Och, Kuba… Kuba, nie… och, Kuba, tak… tak… tak…

Głos jej drżał między śmiechem a płaczem, między dziecięcą radością a dorosłą rozpaczą rozkoszy, między niewinnością a grzechem, a ja byłem już tylko jedną wielką czułością, jednym wielkim miłosnym dotykiem jej duszy, jej ciała, jej wszystkiego.

Kiedy powoli, bardzo powoli, zbliżałem się do jej piersi, pod sukienką robiło się coraz ciaśniej, coraz goręcej, coraz bardziej duszno od naszego oddechu, od naszego pożądania.

Nie ułatwiała mi tego – nie unosiła materiału, nie pomagała, chciała czuć mnie jak najbliżej, jak najgłębiej, jakby chciała, żebym się w niej utopił, żeby sukienka stała się drugim niebem, które nas przykrywa i chroni przed całym światem.

I wtedy, w tej ciasnocie, w tej gorączce, w tej woni jej skóry, jej potu, jej miłości, wiedziałem już na pewno:

to nie jest seks.

To jest msza.

I my oboje jesteśmy kapłanami i ofiarą jednocześnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...