37. Jedź, kapitanie
Taksówka nadpłynęła o 11:28 tak cicho, tak bezszelestnie, jakby sam poranek, jeszcze senny, jeszcze rozczochrany od nocnych pocałunków, rozchylił przed nią mgłę i pozwolił jej sunąć po asfalcie niczym biała łódź widmo. Białe Volvo V70, perłowe, lśniące, lśniące jak łza na policzku bogini, z żółtym kogutem na dachu niczym złotą koroną na głowie królowej taksówek, z napisem „Sopot Taxi” w głębokim, morskim błękicie, który zdawał się odbijać całe niebo. W środku unosił się zapach wanilii tak słodki, tak ciężki, tak dekadencki, że prawie gryzł w język, a jednocześnie morska bryza, słona, żywa, wdzierała się przez opuszczone okno, przynosząc ze sobą szum fal, krzyk mew i obietnicę, że wszystko, co dobre, musi się kiedyś skończyć, lecz nie dziś.
Za kierownicą siedział pan Mirek, kapitan wszystkich sopockich poranków, z wąsem gęstym jak lasy Oliwskie, z siwymi włosami zaczesanymi do tyłu niczym żagle na wietrze, z uśmiechem pod wąsem tak szerokim, że mógłby objąć cały Bałtyk. Na desce rozdzielczej figurka Matki Boskiej kiwała się w rytm drogi, na lusterku różaniec z bursztynu lśnił jak małe słońca, a na siedzeniu obok zdjęcie wnuczki w marynarskiej czapeczce śmiało się do nas z ramki.
– Dzień dobry, panie Kubo – przywitał się głosem ciepłym jak świeża bułka z masłem. – Do Kamiennego Potoku, tak?
– Tak, ale zabieramy jeszcze pasażerkę – odparłem, otwierając tylne drzwi szerzej niż samo niebo.
I wtedy weszła ona.
Lilia.
W mojej za dużej koszulce, która opadała na jej biodra niczym płótno na ołtarz, boso, z czerwoną rybką w dłoni niczym z talizmanem miłości, wskoczyła obok mnie z tym swoim łobuzerskim, nieprzyzwoicie pięknym uśmiechem, który mógłby stopić lodowce.
– Teraz ty mnie zabierasz do siebie – szepnęła, przysuwając się tak blisko, że jej udo, ciepłe, gładkie, pachnące mną i nią, dotknęło mojego, a jej oddech, gorący, wilgotny, pachnący kawą i pożądaniem, musnął moje ucho niczym pieszczota. – W końcu muszę zobaczyć, gdzie mieszka mój chłopak…
I wiesz co? – nachyliła się jeszcze bliżej, jej usta prawie dotykały mojego ucha, jej głos był szeptem grzechu i obietnicy – jak już tam będziemy… to chcę, żebyś pokazał mi każdy centymetr tego domku. Bardzo, bardzo dokładnie.
Pocałowała mnie w szyję – krótko, ale tak mocno, że aż zabolało – a jej dłoń, niby przypadkiem, niby przez nieuwagę, przesunęła się po moim udzie i zatrzymała o jeden jedyny, palący centymetr od miejsca, gdzie już wszystko we mnie płonęło.
Pan Mirek spojrzał w lusterko i uśmiechnął się tak szeroko, że wąs mu zadrżał.
– No, no… widzę, że dzisiaj podwójna stawka za romantyzm – mruknął z rozbawieniem, które było ciepłe jak poranne słońce.
Lilia roześmiała się tym swoim śmiechem, który mógłby obudzić umarłych, i położyła głowę na moim ramieniu.
– Jedź, kapitanie – rzuciła do kierowcy, głosem słodkim jak miód i grzesznym jak szampan. – Mamy tylko sześć dni, a ja chcę zdążyć poznać każdy kąt jego łóżka… i nie tylko łóżka.
Samochód ruszył.
Przez szybę widziałem oddalający się Monciak, ale w głowie miałem już tylko jedno:
za piętnaście minut będziemy sami,
w moim domku w lesie,
gdzie szum sosen zagłusza wszystko,
gdzie nikt nas nie usłyszy,
gdzie nikt nie przerwie.
I wiedziałem, z absolutną, palącą, rozkoszną pewnością,
że te sześć dni zaczną się naprawdę dopiero teraz.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz