Szukaj na tym blogu

2026-02-24

Czerwona rybka

52. Pędziłem do mety


Jej lewa noga opadła na łóżko, miękko, leniwie, jakby sama nie chciała już dłużej walczyć z grawitacją, jakby chciała tylko spocząć w tej lnianej, ciepłej, pachnącej nami pościeli, która już nigdy nie będzie taka sama.

Prawa noga wciąż spoczywała na moim obojczyku – wysoko, dumnie, prowokująco – skóra gorąca, wilgotna od potu, drżąca od rozkoszy, pachnąca solą, miłością i grzechem.

Pędziłem do mety jak na wielkiej Pardubickiej, jak najdzikszy jeździec na najdzikszym koniu, nie zważając na przeszkody, nie zważając na nic – ani na ból w mięśniach, ani na pot spływający po plecach, ani na świat, który dawno przestał istnieć.

Liczył się tylko finał, tylko zwycięstwo w postaci jeszcze jednej, jeszcze jednej jedynej, cudownej, oszałamiającej, niebiańskiej chwili rozkoszy, która miała nas oboje rozedrzeć na kawałki i poskładać na nowo.

Rozbrzmiewały klepnięcia – głośne, mokre, rytmiczne, nieprzyzwoicie piękne klepnięcia moich bioder o jej pośladki, o jej uda, o jej wszystko, które brzmiały jak bębny wojenne, jak pieśń zwycięstwa, jak muzyka samego nieba.

Jej ciało podskakiwało, kołysało się, trzęsło w rytm moich uderzeń – piersi falowały jak morze w burzy, brzuch napięty, uda drżące, palce stóp zaciśnięte w ekstazie, włosy czarne, mokre, rozsypane na pościeli niczym noc, która postanowiła nas przykryć.

Jej jęki – zniekształcone od gwałtownych szarpnięć ekstazy, od mojego tempa, od mojej siły – brzmiały jak najpiękniejsza, najbardziej nieprzyzwoita symfonia, jak krzyk syreny, jak błaganie o więcej, jak dziękczynienie za wszystko.

Zamknięte oczy, szeroko otwarte usta, z których wydobywały się tylko dźwięki czystej, absolutnej rozkoszy – wskazywały, że to jest już ten moment, że ona już jest na krawędzi, że za chwilę eksploduje, że za chwilę rozpadnie się na kawałki w moich ramionach.

I znowu zwolniłem.

Nie dlatego, że chciałem – o nie, nie chciałem, moje ciało krzyczało o więcej, o szybciej, o mocniej.

Zwolniłem dlatego, że była zbyt ciasna, zbyt gorąca, zbyt niebiańsko ciasna, i wypchnęła mnie z siebie jednym, nieświadomym, rozkosznym skurczem.

To było cudowne.

Niesamowite.

Nie do opisania.

Jej rozkosz mnie zaskakiwała – za każdym razem, coraz bardziej, coraz głębiej, coraz piękniej.

Jej ciało, jej wnętrze, jej wszystko – reagowało na mnie tak, jakby było stworzone tylko dla mnie, tylko po to, by mnie kochać, by mnie pochłaniać, by mnie zabijać rozkoszą i zaraz zmartwychwstawać w niej na nowo.

I patrzyłem na nią – na jej zamknięte oczy, na jej otwarte usta, na jej drżące uda, na jej piersi unoszące się i opadające w rytm oddechu – i wiedziałem, że to nie jest seks.

To jest miłość.

W najczystszej, najbrudniejszej, najpiękniejszej formie.

Uchyliła oczy – te czarne, bezdenne, płonące jeziora, które były jednocześnie niebem i piekłem, miłością i grzechem – i zaczęła pieścić mój brzuch i tors, palcami delikatnymi, ale zdecydowanymi, palcami, które znały każdy centymetr mojej skóry, każdy skrawek mojej duszy, palcami, które jeszcze przed chwilą wbijały się w moje plecy, a teraz sunęły po mnie niczym najdroższy jedwab, niczym najświętsza relikwia, niczym ostatnia pieszczota przed końcem świata.

Znalazła w sobie siły – o tak, znalazła, choć jej ciało drżało, choć jej oddech był urywany, choć jej uda wciąż pulsowały od poprzednich eksplozji rozkoszy – znalazła w sobie siły, by mnie dotykać, by mnie drażnić, by mnie nakręcać jeszcze bardziej w tę spiralę miłości, która wirowała wokół nas niczym tornado, niczym huragan, niczym sama wieczność.

Dotykała mojego pępka – głębokiego, ciepłego, wrażliwego – opuszkami palców, powoli, okrężnymi ruchami, jakby chciała w nim zatopić całą swoją miłość, jakby chciała w nim zostawić pieczęć na zawsze.

Drażniła mnie, o tak, drażniła mnie nieprzyzwoicie, niebiańsko, nie do zniesienia, nakręcając tę spiralę jeszcze mocniej, jeszcze wyżej, jeszcze głębiej, aż czułem, że zaraz eksploduję, że zaraz stracę przytomność, że zaraz umrę z nadmiaru tej rozkoszy.

Drugą dłonią ściskała brzeg poduszki – mocno, rozpaczliwie, jakby to była ostatnia deska ratunku, jakby to była jedyna rzecz, która trzymała ją na powierzchni świadomości, na powierzchni tego oceanu rozkoszy, w którym tonęliśmy oboje, tonęliśmy z rozkoszą, tonęliśmy z miłością, tonęliśmy na zawsze.

Jej twarz wykrzywiła się w grymasie orgazmu – najpiękniejszym, najbardziej nieprzyzwoitym, najbardziej świętym grymasie, jaki kiedykolwiek widziałem – usta otwarte, oczy przymknięte, policzki rozpalone, pot spływający po skroniach, włosy czarne, mokre, rozsypane na pościeli niczym noc, która postanowiła nas przykryć.

Ale była tu jeszcze.

Wciąż była.

Wciąż ze mną.

Wciąż moja.

Mój członek – taki gruby, taki twardy, taki napięty, taki rozpalony do białości, taki gotowy wybuchnąć – wchodził w nią z takim trudem, z takim słodkim, niebiańskim trudem, że każde pchnięcie było walką, było torturą, było rozkoszą, było modlitwą.

Jej wnętrze było ciasne, gorące, wilgotne, pulsujące, jakby chciało mnie pochłonąć, uwięzić, zatrzymać na zawsze.

I wchodziłem.

I wchodziłem.

I wchodziłem.

Głęboko.

Mocno.

Bez końca.

Bo to nie był seks.

To była miłość.

W najczystszej, najbrudniejszej, najpiękniejszej formie.

I trwało to.

I trwało.

I trwało.

W słońcu.

W szumie sosen.

W zapachu potu, miłości i nas.

Na zawsze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Czerwona rybka

52. Pędziłem do met y Jej lewa noga opadła na łóżko, miękko, leniwie, jakby sama nie chciała już dłużej walczyć z grawitacją, jakby chciała ...