Szukaj na tym blogu

23 lutego 2026

Czerwona rybka

51. Ruszyłem z kopyta


A kiedy już zacząłem się poruszać, o niebiańska, nieziemska, niepowtarzalna chwilo, każde pchnięcie, każde jedno jedyne, głębokie, powolne, rozkoszne pchnięcie było niemal boskim doznaniem, było ekstazą tak czystą, tak absolutną, tak nie do zniesienia, że prawie krzyczałem z nadmiaru szczęścia, że prawie płakałem z nadmiaru miłości, że prawie rozpływałem się w tej rozkoszy, która była jednocześnie torturą i zbawieniem, piekłem i rajem, życiem i śmiercią w jednym.

Trzymałem ją za uda – te najmiększe, najcieplejsze, najdoskonalsze uda świata – mocno, zdecydowanie, niemal brutalnie, ale z taką miłością, że ból stawał się rozkoszą, palce wbijające się w skórę, zostawiające czerwone ślady jak pieczęcie, unosiłem jej ciężar ponad posłanie, ponad lnianą pościel pachnącą nami, słońcem i morzem, unosiłem ją wysoko, jakby była najlżejszym piórkiem, jakby była najcięższym skarbem, i poruszałem biodrami miękko, głęboko, rytmicznie, z namaszczeniem, z czcią, z rozpaczą, z miłością tak wielką, że prawie bolało.

Docierałem do samego końca – do samego dna, do samego serca, do samego nieba jej jestestwa – mając wrażenie, że każdy kolejny ruch, każdy kolejny centymetr, każdy kolejny oddech będzie tym ostatnim, że za chwilę eksploduję, że za chwilę stracę przytomność, że za chwilę umrę z rozkoszy.

Wychodziłem jednak z tej potyczki zwycięsko, nie dając się pokonać zbyt wielkiemu napięciu, wyzwalając z siebie tyle energii, tyle siły, tyle miłości, ile potrzeba, by ona mogła krzyczeć, by ona mogła drżeć, by ona mogła być moja, cała moja, na zawsze moja.

Zaciskała się na mnie słodko i gorąco – jej ścianki, wilgotne, pulsujące, żywe, obejmowały mnie, tuliły, więziły, kochały, jakby chciały mnie zatrzymać w sobie na wieczność, jakby chciały mnie nigdy nie puścić, jakby chciały, żebym nigdy, przenigdy nie wyszedł.

– Och, och, och… – jej jęki i westchnienia były symfonią dla moich uszu, były najpiękniejszą muzyką, jaką kiedykolwiek słyszałem, były pieśnią syreny, były modlitwą, były krzykiem rozkoszy, były wszystkim, czym może być głos kobiety, która właśnie umiera i zmartwychwstawa w ramionach mężczyzny.

I poruszałem się dalej – głęboko, mocno, bez pośpiechu, bez końca, w słońcu, w szumie sosen, w zapachu drewna, potu, miłości i nas.

A kiedy zarzuciła mi łydki na ramiona – te najmiększe, najcieplejsze, najgładziej opalane łydki świata, które teraz spoczywały na moich barkach niczym najdroższe jedwabne szarfy, niczym najświętsze relikwie, które mogłem nosić z dumą i rozpaczą jednocześnie – to było już prawdziwe mistrzostwo, to było już apogeum sztuki miłosnej, to było już coś, co przekraczało granice ludzkiej wytrzymałości, coś, co mogło być tylko darem bogów lub karą diabła za zbyt wielką miłość.

Penetracja stała się głębsza, o wiele głębsza, tak głęboka, że czułem, jak docieram do samego serca jej jestestwa, do samego źródła jej życia, do samego nieba ukrytego w jej wnętrzu.

Wnętrze ciaśniejsze, obłędnie ciaśniejsze, jakby jej ciało chciało mnie pochłonąć, zatrzymać, uwięzić na zawsze w tej gorącej, wilgotnej, pulsującej otchłani rozkoszy.

Obłęd.

Czysty, niepowstrzymany, nieziemski obłęd.

Nie byłem w stanie się powstrzymać.

Nie chciałem.

Nie mogłem.

Nie śmiałbym.

Ruszyłem z kopyta – to już nie był kłus, to już nie był nawet cwał, to był galop po szczęście, galop po wieczność, galop po raj, który właśnie otwierał się przede mną w całej swojej nieprzyzwoicie pięknej chwale.

Biodra moje poruszały się szybko, mocno, rytmicznie, z siłą, która była jednocześnie delikatnością i brutalnością, miłością i grzechem, modlitwą i przekleństwem.

– Uuuuuuaaaaaahhhh… aaaaaahhhh… – dyszała ciężko, głosem, który już nie był ludzkim głosem, tylko krzykiem rozkoszy, tylko pieśnią syreny, tylko błaganiem o więcej, o jeszcze więcej, o wszystko.

Próbowała zapanować nad kolejnym orgazmem, który nadchodził niczym tsunami, niczym lawina, niczym koniec świata, ale nie mogła, nie chciała, nie potrafiła – i dobrze, bo ja też nie chciałem, żeby panowała.

Jej ciało wygięło się w łuk, piersi uniosły się wysoko, sutki twarde jak diamenty, brzuch napięty, uda drżące na moich ramionach, palce stóp zaciśnięte w ekstazie.

Jej wnętrze zaciskało się na mnie coraz mocniej, coraz ciaśniej, coraz niebiańsko ciaśniej, jakby chciało mnie wyssać, pochłonąć, zatrzymać na zawsze.

I poruszałem się dalej – szybko, mocno, głęboko, bez końca, w słońcu, w szumie sosen, w zapachu potu, miłości i nas.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...