38. Bo czas się skończył
Taksówka zniknęła za zakrętem, jakby sam czas, w swej nieubłaganej łaskawości, pozwolił jej rozpłynąć się w różowym pyle żwirowej drogi, która jeszcze drżała od ciężaru naszych pragnień, a kurz, ten złocisty, leniwy, niemal żywy kurz, unosił się w powietrzu niczym welon najdroższej panny młodej, gdy Lilia, moja Lilia, moja syrenka, moja bogini, moja jedyna, już była przy mnie, tak blisko, że jej oddech, gorący, wilgotny, pachnący kawą, solą i grzechem, musnął moją szyję niczym pieszczota śmierci samej.
Nie powiedziała nic.
Nie musiała.
Jej oczy, te dwa czarne, bezdenne, płonące jeziora, powiedziały wszystko: głód, pożądanie, miłość, rozpacz, obietnicę, wieczność.
I wtedy wsunęła dłoń za pasek moich spodni, palce pewne, śmiałe, rozpalone, znalazły mnie natychmiast – twardego, napiętego, pulsującego, gotowego wybuchnąć, jakby całe moje ciało od rana, od nocy, od zawsze czekało tylko na ten jeden dotyk.
– Och… – westchnęła, głosem niskim, gardłowym, pełnym zaskoczenia i rozkoszy, a zaraz potem uśmiechnęła się drapieżnie, jak lwica, która właśnie złapała swoją zdobycz i wie, że już jej nie puści. – Mój bohaterze…
Jak już widziałeś moje skromne, ciasne, pachnące mną i tobą lokum, to teraz pokaż mi swoje.
Tylko szybko, błagam, szybko, bo bardzo, bardzo, bardzo mi się spieszy, bo moje ciało płonie, bo moje uda drżą, bo jestem mokra od samego myślenia o tobie.
Nie musiała powtarzać.
Nie mogła.
Bo już nie było słów.
Chwyciłem ją za rękę – tę samą, która jeszcze przed chwilą trzymała mnie w garści – i pociągnąłem w stronę domu, jakby to była ostatnia droga na ziemi.
Klucz w drzwiach zadźwięczał jak dzwon przeznaczenia, skrzypnięcie starych, sosnowych zawiasów było jękiem samego domu, który od miesięcy czekał na nią, zapach sosny, wosku, lata i samotności uderzył nas w twarz niczym fala, gorąca, ciężka, słodka, niepowtarzalna.
Weszliśmy.
Pierwsze, co zobaczyła, to wielka, jasna izba – jedno ogromne, niemal sakralne pomieszczenie zalane słońcem, które wpadało przez gigantyczne okno, dwa i pół metra szerokości, niczym portal do innego świata, prosto na sosny, które szumią, szumią, szumią tuż za szybą, jakby chciały wejść do środka i być świadkami.
Deski podłogi, jasne, prawie białe, ciepłe od słońca, pachniały żywicą i latem.
W rogu szerokie łóżko – sto sześćdziesiąt centymetrów lnianej pościeli w biało-niebieskie paski, lekko pogniecione, jakby ktoś dopiero co z niego wstał, jakby sam dom wiedział, że zaraz znowu ktoś na nim upadnie.
Lilia podeszła do łóżka powoli, jakby szła do ołtarza, dotknęła pościeli delikatnie, jakby to była skóra, odrzuciła róg kołdry z namaszczeniem.
– Hmm… – mruknęła z figlarnym, drapieżnym, nieprzyzwoicie pięknym uśmiechem – sprawdzam tylko, czy wygodne.
– I co? – zapytałem, choć już wiedziałem, że nie o wygodę chodzi, że chodzi o wszystko inne.
– Zobaczymy – odparła i odwróciła się do mnie plecami, powoli, prowokująco, jakby chciała, żebym patrzył, żebym pożerał wzrokiem każdy centymetr.
Stanąłem za nią.
Objąłem w talii, ręce wsunąłem pod moją koszulkę, którą miała na sobie – ciepłą, pachnącą mną, nią, nami.
Skóra gorąca, miękka, aksamitna, pachnąca potem, seksem i morzem.
Palce znalazły pępek – głęboki, ciepły, idealny, jakby stworzony tylko dla mnie.
Zanurzyłem w nim palec wskazujący i zacząłem powoli, bardzo powoli, obracać, zataczać kółka, jakby to był środek wszechświata.
Westchnęła głęboko, gardłowo, całym ciałem.
Przywarła do mnie plecami, pupą dokładnie tam, gdzie najbardziej bolało, gdzie już wszystko we mnie płonęło i krzyczało jej imię.
– Och, Kuba… – jęknęła cicho, odchylając głowę do tyłu, włosy czarne, mokre od potu, opadły mi na twarz. – Tak bardzo cię pragnę… tak bardzo… tak bardzo…
Nie czekaliśmy dłużej.
Nie mogliśmy.
Bo czas się skończył, a zaczęliśmy się tylko my.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz