45. Do samego serca
– Poczekaj… – szepnęła, głosem tak miękkim, tak gorącym, że samo to jedno słowo zatrzymało czas. – Nie w ten sposób.
I wtedy, powoli, bardzo powoli, jakby każde uniesienie materiału było osobnym aktem miłosnym, zdjęła z siebie tę dziecięcą, sztywną, biało-niebieską sukieneczkę.
Przesunęła ramiączka po ramionach, materiał zafalował jak żagiel, opadł na biodra, na uda, na podłogę – i została naga, całkowicie naga, w pełnym, bezlitosnym świetle dnia, które wpadało przez wielkie okno i malowało jej ciało złotem.
Staliśmy naprzeciwko siebie, twarzą w twarz, tak blisko, że czułem ciepło jej oddechu na ustach, tak blisko, że widziałem każdą kropelkę potu na jej obojczykach, każdy drżący miesień na brzuchu, każdy błysk w jej czarnych, płonących oczach.
Była jak wulkan tuż przed erupcją – napięta, rozpalona, gotowa wybuchnąć, gotowa mnie pochłonąć, spalić, rozedrzeć na kawałki i poskładać na nowo.
Ale nie ruszyła się.
Jeszcze nie.
Chciała, żebym to ja dokończył dzieło.
Pochyliłem się.
Moje usta znalazły się na wysokości jej piersi – jędrnych, krągłych, idealnych, z sutkami sterczącymi, twardymi, ciemnoróżowymi, jakby same błagały o dotyk.
– Kuba… – westchnęła, głosem, który był już tylko drżeniem. – Ty wiesz, co ty robisz?
Wiedziałem.
Wiedziałem, że jestem jak dziecko, które właśnie otworzyło skrzynię skarbów.
Wiedziałem, że jestem jak pielgrzym, który dotarł do najświętszego miejsca na ziemi.
Wziąłem pierwszy sutek do ust – powoli, czule, jakby to był najdroższy owoc na świecie.
Był jak duże, dojrzałe winogrono, lekko chropowate, pachnące nią, słodsze niż miód.
Ssałem go delikatnie, potem mocniej, językiem zataczałem kółka, muskałem, drażniłem, gryzłem najlżejszym zgryzieniem.
Potem drugi – taki sam, ale inny, bo był jej drugą piersią, drugą połową jej serca.
Jej ręce wplotły się w moje włosy, ciągnęły, błagały, rozkazywały.
Jej oddech stał się urywany, jej biodra drgnęły, jej całe ciało wygięło się w łuk.
A potem, nagle, całkiem trzeźwym, ale już ochrypłym od jęków głosem, powiedziała:
– No dobrze, chłopaku…
sam tego chciałeś.
Obudziłeś potwora.
A teraz musisz sobie z nim poradzić.
I wtedy dopiero zaczęła się prawdziwa erupcja.
Nie wiem, jak do tego doszło,
jak w jednej jedynej, niepowtarzalnej, wiecznej sekundzie całe powietrze w izbie nagle zgęstniało, stało się płynnym złotem, jak samo słońce wpadające przez ogromne okno zawisło między nami i zapaliło nas od środka, jak jedno jedyne spojrzenie – jej czarne, bezdenne, płonące jeziora w moje oczy, moje oczy w jej – wystarczyło, by runęły wszystkie tamy, wszystkie granice, wszystkie „nie teraz”, „nie tak”, „jeszcze chwilę”.
Wystarczyło jedno spojrzenie i obydwoje wiedzieliśmy.
Wiedzieliśmy tak absolutnie, tak całkowicie, tak niepodważalnie, co mamy robić, co musimy robić, co jesteśmy sobie winni, co jesteśmy sobie dłużni od zawsze, od pierwszego spojrzenia na molo, od pierwszej nocy na plaży, od pierwszego westchnienia w balii.
Płonęliśmy.
Płonęliśmy tak wielką, tak niepohamowaną, tak niebiańsko-piekielną rządzą, że każda minuta zwłoki, każda sekunda bez niej we mnie, była torturą gorszą niż śmierć, była sztyletem wbitym w serce, była ogniem, który palił żywym płomieniem.
Wstałem przed nią – drżący, napięty do granic człowieczeństwa, sterczący, pulsujący, gotowy wybuchnąć, gotowy umrzeć i zmartwychwstać w niej.
Chwyciłem ją za pośladki – te najdoskonalsze, najokrąglejsze, najjędrzejsze pośladki świata – palce wbiły się w miękką, gorącą, aksamitną skórę, a ja jednym jedynym, zdecydowanym, niemal brutalnym ruchem uniosłem ją w górę, wysoko, tak wysoko, że jej stopy oderwały się od podłogi, że jej uda oplotły moje biodra, że całe jej cudowne, lekkie, niebiańskie ciało znalazło się dokładnie tam, gdzie powinno – na wierzchołku mojego narzędzia, które już nie było ludzkie, tylko boskie, tylko jej.
I nie wiem, czy ona była tak lekka jak piórko, czy ja miałem w sobie siłę tytana, ale trzymałem ją bez wysiłku, jakby ważyła tyle co marzenie.
A potem, powoli, bardzo powoli, tak powoli, że każda sekunda trwała wieczność, zacząłem ją opuszczać.
Centymetr po centymetrze.
Milimetr po milimetrze.
Aż weszła na mnie całą, do samego końca, do samego dna, do samego serca.
Jęk, który wydała, był czystą słodyczą, czystą muzyką, czystym niebem.
Zadrżała – całym ciałem, całą duszą, całym jestestwem.
Jej jaskinia miłości zacisnęła się na mnie z siłą, która mogła zmiażdżyć skały, z siłą, która była jednocześnie pieszczotą i sztyletem, zbawieniem i potępieniem.
I wtedy, w tej jednej, jedynej chwili,
gdy byliśmy złączeni tak całkowicie, tak absolutnie, tak niebiańsko,
gdy jej ręce oplatały moją szyję,
gdy jej usta szukały moich ust,
gdy jej piersi przyciskały się do mojej klatki,
gdy jej biodra zaczęły poruszać się same,
wtedy wiedziałem, że już nigdy, przenigdy, nigdy nie będę chciał innego życia niż to –
w niej,
z nią,
dla niej.
I płonęliśmy.
Żywym ogniem.
Wiecznym.
Niepowstrzymanym.
Na zawsze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz