Szukaj na tym blogu

13 lutego 2026

Czerwona rybka

41. Dzieło szatana


To, co uczyniła później, moja Lilia, moja czarna, nieposkromiona, niebiańska Lilia, było jednocześnie aktem najszaleńszym, najbardziej zwariowanym, najbardziej dekadenckim i jednocześnie tak niebiańsko słodkim, tak niepowtarzalnie intymnym, tak wyłącznie naszym, tak głęboko ukrytym przed oczami całego świata, że język ludzki, ubogi, nędzny, niegodny, nie jest w stanie oddać nawet ułamka tej rozkoszy, tego dreszczu, tego świętego profanum, które rozlało się po moim domku niczym ambrozja rozlana przez samych bogów w chwili ich największego uniesienia.

Od chwili, gdy przekroczyła próg mojego skromnego, drewnianego sanktuarium, od chwili gdy jej boska stopa dotknęła ciepłych desek, wszystko, absolutnie wszystko, co nas otaczało, przestało mieć znaczenie inne niż jedno jedyne: seks, czysty, nieokiełznany, wieczny seks, podbicie napięcia do granic wytrzymałości ludzkiej skóry, wykorzystanie każdej godziny, każdej minuty, każdej sekundy, każdej kropli potu, każdego oddechu, każdej myśli, każdej iskry energii, która jeszcze tliła się w naszych ciałach po nocy na plaży, po balii, po świcie pełnym krzyków i łez rozkoszy.

Chodziło tylko o to, by co chwilę, co ułamek chwili, rzucać się w swoje ramiona, by płonąć żywym ogniem pożądania, by spalać się nawzajem, by umierać i zmartwychwstawać w sobie bez końca.

A Lilia?

Lilia była tak urocza, tak nieprzyzwoicie słodka, tak prowokująca, tak niewinna, tak dziecięco bezwstydna, że za każdym razem, gdy na nią patrzyłem, po moich plecach przebiegały gorące, palące, rozkoszne dreszcze, jakby sam diabeł muskał mnie skrzydłem, a anioł jednocześnie kładł dłoń na sercu.

– Chcesz, żebym ci coś ci pokazała? – szepnęła prawie bez tchu, patrząc na mnie spod oka, niepewna, drżąca, jakby bała się, że odmówię, a jednocześnie pewna, że nie odmówię, że nie mogę, że nie chcę, że nie potrafię, nie śmiałbym odmówić.

Uśmiechnąłem się najcieplej, najserdeczniej, najmiękcej, jak tylko potrafiłem.

– Serduszko moje, wszystko, absolutnie wszystko, co tylko zechcesz, choć nie wiem, co z tego wyniknie, choć czuję, że zaraz oszaleję z miłości – odparłem głosem, który był już tylko westchnieniem.

Zachichotała cicho, gardłowo, nieprzyzwoicie uroczo.

– Bo ja… no wiesz… chcę ci coś pokazać, coś wyjątkowego, coś, co nosiłam, gdy byłam jeszcze taka mała, taka niewinna… – machnęła dłonią, sięgnęła do torby, którą zabrała ze sobą, torby pełnej tajemnic i grzechów. – Nie wiem, po co to wzięłam. Chyba tylko dla ciebie.

I wyjęła.

Kawałek materiału w biało-niebieskie, marynarskie paski, sztywny, jakby lniany, jakby uszyty z marzeń nastolatki, która chciała być jednocześnie dzieckiem i boginią.

Dopiero po długiej, bardzo długiej chwili, gdy moje oczy, oszołomione, pożerały każdy centymetr, uświadomiłem sobie, że to sukienka.

Sukienka-lalka.

Sukienka-woreczek.

Sukienka, która ledwie zakrywała to, co najpiękniejsze.

– Co to? – zapytałem, choć wiedziałem, choć serce już biło mi jak oszalałe.

Zmrużyła powieki w ten swój charakterystyczny, słodko-przekorny, niebiańsko-grzeszny sposób.

– To moja sukienka. Mój pierwszy sceniczny strój. Z czasów, gdy byłam jeszcze taką małą, głupiutką dziewczynką, która marzyła o scenie.

– Aha… no i… – zawiesiłem głos, bo wiedziałem, że to dopiero początek.

– Chcesz, żebym ją dla ciebie założyła? – powiedziała wprost, rozkładając sukienkę przed moimi oczami niczym kapłanka rozkładająca świętą szatę, z namaszczeniem, z prowokacją, z miłością.

Wystarczyło jedno spojrzenie, jedno jedyne spojrzenie, aby zrozumieć, że to nie jest zwykły strój.

To było dzieło szatana i anioła jednocześnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...