Szukaj na tym blogu

1 lutego 2026

Czerwona rybka

29. Banda starszych braci


Przeszła powoli od jednego końca sceny do drugiego, zatrzymując wzrok na każdym – na dziewczynie z kolorowymi włosami, na starszym panu z brodą, na mnie. Kiedy nasze spojrzenia się spotkały, uśmiechnęła się tak, jakbyśmy byli jedynymi ludźmi w piwnicy.

Zaczęła od „La petite sirène rouge” – ale w nowej aranżacji, wolniejszej, bardziej intymnej.

Głos miała czysty, wysoki, jakby ktoś otworzył okno na niebo.

A potem ruszyła.

Nie tańczyła – płynęła.

Biodra zataczały powolne ósemki, ręce sunęły po ciele, palce przeczesywały włosy. Każdy ruch był dokładnie taki, jak rano w balii – tylko teraz dla wszystkich. I jednocześnie tylko dla mnie.

W pewnym momencie przykucnęła tuż przede mną, prawie dotykając kolanami moich kolan, i zaśpiewała refren patrząc mi prosto w oczy:

„…et si tu me prends dans tes bras ce soir,

je serai ta petite sirène rouge pour toujours…”

Publiczność szalała, a ja siedziałem jak zamrożony.

Po koncercie – bis, owacje na stojąco, kwiaty – zeszła ze sceny prosto do mnie. Spocona, rozpromieniona, z rozpuszczonymi włosami.

– No i? – szepnęła mi do ucha, obejmując mnie mocno. – Nadal jesteś zazdrosny?

– Teraz już nie – odparłem, całując ją w skroń. – Teraz jestem tylko zakochany.

Daniel podszedł z gitarą na ramieniu.

– Siostra, zabieramy twojego chłopaka na after. Bez dyskusji.

– Tylko jeśli obiecacie, że nie będziecie mu opowiadać, jak w wieku siedmiu lat śpiewałam mu kołysanki w piżamie z Kubusiem Puchatkiem – zaśmiała się.

Spojrzałem na nią.

– Piżama z Kubusiem? Serio?

– Serio. I nadal ją mam – mrugnęła. – Może kiedyś ci pokażę.

I wyszliśmy w noc – ja, ona, jej brat i reszta zespołu – a ja wiedziałem, że to dopiero początek sierpnia, który nigdy się nie skończy.

Karawana ruszyła z Monciaka jak z filmu – Warszawa z przodu, Syrena z tyłu, oba auta sunęły powoli, z opuszczonymi szybami, a z głośników sączyła się ta sama playlista: Édith Piaf przechodzący w Manu Chao, potem w ich własną demówkę. Noc była ciepła, wilgotna, powietrze gęste od soli i zapachów gofrów z budek. Lekki wiatr rozwiewał Lili włosy, a ona siedziała bokiem na przednim siedzeniu, nogi na desce rozdzielczej, głowa oparta o moje ramię. Daniel zerkał w lusterko z ironicznym uśmieszkiem.

– Jak się czujesz w naszym muzeum na kółkach, grafik? – zapytał powoli, z długą pauzą dla efektu.

– Jakbym właśnie wszedł do filmu Wajdy – odparłem – tylko z lepszą dziewczyną.

Lilia parsknęła śmiechem i pocałowała mnie w szyję, czule, ale z tym swoim łobuzerskim błyskiem. Z tyłu Mały, wciśnięty między moją torbę a drzwi, jęknął:

– Jakbyśmy jechali na własny ślub… tylko nie wiem czyj.

Za nami Syrena trąbiła klaksonem w rytm „La petite sirène rouge”. Rudy wychylał się przez okno i wołał:

– Płyniemy, kapitanie! Sfinks czeka!

Ludzie na chodnikach odwracali głowy, ktoś krzyczał „Piękny duet!”, a ja siedziałem z tyłu, czując się jak w śnie, z którego nie chcę się budzić. Byłem w nowym towarzystwie – banda starszych braci Lili, która wyglądała jak marynarska załoga z pirackiego statku. Czułem lekką niepewność, jak na pierwszej randce z całą rodziną, ale ręka Lili na moim kolanie, ciepła i pewna, mówiła: „spokojnie, jesteś nasz”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...