29. Banda starszych braci
Przeszła powoli od jednego końca sceny do drugiego, zatrzymując wzrok na każdym – na dziewczynie z kolorowymi włosami, na starszym panu z brodą, na mnie. Kiedy nasze spojrzenia się spotkały, uśmiechnęła się tak, jakbyśmy byli jedynymi ludźmi w piwnicy.
Zaczęła od „La petite sirène rouge” – ale w nowej aranżacji, wolniejszej, bardziej intymnej.
Głos miała czysty, wysoki, jakby ktoś otworzył okno na niebo.
A potem ruszyła.
Nie tańczyła – płynęła.
Biodra zataczały powolne ósemki, ręce sunęły po ciele, palce przeczesywały włosy. Każdy ruch był dokładnie taki, jak rano w balii – tylko teraz dla wszystkich. I jednocześnie tylko dla mnie.
W pewnym momencie przykucnęła tuż przede mną, prawie dotykając kolanami moich kolan, i zaśpiewała refren patrząc mi prosto w oczy:
„…et si tu me prends dans tes bras ce soir,
je serai ta petite sirène rouge pour toujours…”
Publiczność szalała, a ja siedziałem jak zamrożony.
Po koncercie – bis, owacje na stojąco, kwiaty – zeszła ze sceny prosto do mnie. Spocona, rozpromieniona, z rozpuszczonymi włosami.
– No i? – szepnęła mi do ucha, obejmując mnie mocno. – Nadal jesteś zazdrosny?
– Teraz już nie – odparłem, całując ją w skroń. – Teraz jestem tylko zakochany.
Daniel podszedł z gitarą na ramieniu.
– Siostra, zabieramy twojego chłopaka na after. Bez dyskusji.
– Tylko jeśli obiecacie, że nie będziecie mu opowiadać, jak w wieku siedmiu lat śpiewałam mu kołysanki w piżamie z Kubusiem Puchatkiem – zaśmiała się.
Spojrzałem na nią.
– Piżama z Kubusiem? Serio?
– Serio. I nadal ją mam – mrugnęła. – Może kiedyś ci pokażę.
I wyszliśmy w noc – ja, ona, jej brat i reszta zespołu – a ja wiedziałem, że to dopiero początek sierpnia, który nigdy się nie skończy.
Karawana ruszyła z Monciaka jak z filmu – Warszawa z przodu, Syrena z tyłu, oba auta sunęły powoli, z opuszczonymi szybami, a z głośników sączyła się ta sama playlista: Édith Piaf przechodzący w Manu Chao, potem w ich własną demówkę. Noc była ciepła, wilgotna, powietrze gęste od soli i zapachów gofrów z budek. Lekki wiatr rozwiewał Lili włosy, a ona siedziała bokiem na przednim siedzeniu, nogi na desce rozdzielczej, głowa oparta o moje ramię. Daniel zerkał w lusterko z ironicznym uśmieszkiem.
– Jak się czujesz w naszym muzeum na kółkach, grafik? – zapytał powoli, z długą pauzą dla efektu.
– Jakbym właśnie wszedł do filmu Wajdy – odparłem – tylko z lepszą dziewczyną.
Lilia parsknęła śmiechem i pocałowała mnie w szyję, czule, ale z tym swoim łobuzerskim błyskiem. Z tyłu Mały, wciśnięty między moją torbę a drzwi, jęknął:
– Jakbyśmy jechali na własny ślub… tylko nie wiem czyj.
Za nami Syrena trąbiła klaksonem w rytm „La petite sirène rouge”. Rudy wychylał się przez okno i wołał:
– Płyniemy, kapitanie! Sfinks czeka!
Ludzie na chodnikach odwracali głowy, ktoś krzyczał „Piękny duet!”, a ja siedziałem z tyłu, czując się jak w śnie, z którego nie chcę się budzić. Byłem w nowym towarzystwie – banda starszych braci Lili, która wyglądała jak marynarska załoga z pirackiego statku. Czułem lekką niepewność, jak na pierwszej randce z całą rodziną, ale ręka Lili na moim kolanie, ciepła i pewna, mówiła: „spokojnie, jesteś nasz”.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz