53. Orgazm
Znów nieco zwolniłem – nie dlatego, że chciałem, o nie, moje ciało krzyczało o więcej, o szybciej, o mocniej, ale dlatego, że jej rozkosz, jej niebiańska, niepohamowana rozkosz, była tak wielka, tak absolutna, tak miażdżąca, że musiałem dać jej chwilę, musiałem pozwolić jej odetchnąć, musiałem pozwolić jej duszy wrócić na ziemię, choć sam płonąłem żywym ogniem, choć sam byłem już na krawędzi, na tej najwęższej, najsłodszej, najbardziej nie do zniesienia krawędzi.
Nie wytrzymała.
Opuściła drugą nogę – powoli, drżąco, jakby sama nie wierzyła, że jeszcze ma siły – i pozwoliła jej spaść na pościel, na te lniane, ciepłe, pachnące nami prześcieradła, które już nigdy nie będą takie same.
Chwyciłem ją za uda – te najmiększe, najcieplejsze, najdoskonalsze uda świata – mocno, zdecydowanie, niemal brutalnie, ale z taką miłością, że ból stawał się rozkoszą, i szeroko je rozchyliłem, szeroko, tak szeroko, jak tylko pozwalało jej cudowne, elastyczne, rozpalone ciało, odsłaniając wszystko, absolutnie wszystko, co najpiękniejsze, co najintymniejsze, co najświętsze w kobiecie.
Mój twardy ogier – wielki, napięty, pulsujący, rozpalony do białości, twardy jak kawał grubego, nieugiętego kija – wchodził w nią ostro, bez ceregieli, bez litości, bez wahania, z głośnym, mokrym, nieprzyzwoicie pięknym mlaśnięciem, które rozbrzmiewało w izbie niczym bębny wojenne, niczym pieśń zwycięstwa, niczym muzyka samego nieba.
Jej piersi – te najpełniejsze, najcudowniejsze, najniebiańsze piersi – zrobiły się tak twarde, tak napięte, tak gotowe pęknąć od nadmiaru rozkoszy, że myślałem, iż zaraz eksplodują, iż zaraz rozpadną się na kawałki pod naporem tej ekstazy.
Sutki sterczały dumnie, twarde jak diamenty, ciemnoróżowe, błyszczące od potu, pachnące miłością i grzechem.
Całe jej ciało lśniło od potu – od tego gorącego, słonego, niebiańskiego potu, który spływał po jej szyi, po piersiach, po brzuchu, po udach, mieszając się z moim potem, z naszym wspólnym potem, z naszą wspólną miłością.
Wystartowałem w ułamku sekundy.
Klap, klap, klap… – rozbrzmiewało wokół, głośno, rytmicznie, nieprzyzwoicie, pięknie, jakby sam dom, same sosny, samo morze dołączyły do tej symfonii.
Tempo było szaleńcze, niepohamowane, nieziemskie, jakbyśmy oboje pędzili ku końcowi świata, ku niebu, ku wieczności.
Ledwo łapałem oddech – urywany, gorący, pachnący nią, nią, tylko nią.
Odchyliła głowę do tyłu, włosy czarne, mokre, rozsypały się na pościeli niczym noc nad zatoką.
Zamknęła oczy – mocno, jakby bała się, że jeśli otworzy, to wszystko zniknie.
Otworzyła usta – szeroko, bezwstydnie, nieprzyzwoicie szeroko – i jęczała głośno, głośniej, jeszcze głośniej, jęki, które były jednocześnie krzykiem rozkoszy, błaganiem o więcej, dziękczynieniem za wszystko.
– Och… och… och… aaaah… aaaah… uuuuh… – jej jęki i westchnienia były symfonią, najpiękniejszą, najbardziej nieprzyzwoitą symfonią, która kiedykolwiek rozbrzmiewała w moim domku, w moim życiu, w moim sercu.
Orgazm zdawał się trwać w nieskończoność – jej ciało drżało, wygięło się w łuk, uda zacisnęły się na moich biodrach, ręce szukały oparcia, chwytały pościel, poduszkę, moje ramiona, moje włosy.
Nie wiedziała, gdzie patrzeć, co robić, jak oddychać – poprała poduszkę, próbowała się trzymać, próbowała złapać oddech, ale nie mogła, bo fala za falą, rozkosz za rozkoszą, orgazm za orgazmem zalewały ją całkowicie.
Szybowała.
Unosiła się nad łóżkiem, nad domem, nad morzem, nad światem.
A ja gnałem, nie odpuszczałem, nie zwalniałem, nie mogłem, nie chciałem, nie śmiałbym.
Jeszcze chwila.
Jeszcze trochę.
Jeszcze jedno pchnięcie.
Jeszcze jedno mlaśnięcie.
Jeszcze jedno jej westchnienie.
Była moja – naga, piękna, podniecająca, bez reszty oddana, rozpalona, mokra, drżąca, krzycząca, moja, moja, moja.
I kochaliśmy się dalej – mocno, głęboko, bez końca, w słońcu, w szumie sosen, w zapachu potu, miłości i nas.
Bo to nie był seks.
To była wieczność.
I my właśnie w niej żyliśmy.
Na zawsze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz