Szukaj na tym blogu

7 lutego 2026

Czerwona rybka

35. Mieliśmy sześć dni


W tym samym, przeciągłym, jakby nigdy nie kończącym się momencie, gdy powietrze w osiemnastu metrach kwadratowych poddasza gęstniało od kawy, od soli naszych ciał, od gorzkiego zapachu rozstania, które jeszcze nie nadeszło, lecz już czaiło się w cieniu, zawibrował jej telefon, głęboko pogrzebany w czeluściach torby, wśród pogniecionych ubrań, wśród resztek wczorajszego szaleństwa, wśród czerwonej rybki, która stała się świadkiem wszystkiego.

Wyłowiła go drżącymi palcami, podłączyła do ładowarki niczym do ostatniej kropli życia, ekran rozbłysnął nagle, oślepiającym, zimnym światłem, które przecięło półmrok jak sztylet.

Czterdzieści dwa nieodebrane wezwania.

Pierwsze, pisane wielkimi literami, jakby krzyk w środku ciszy:

„LILIA. SALT WAVE FESTIVAL 2025. MAIN STAGE. 6 września, 20:30.

55 000 zł + koszty + live stream dla 300 tysięcy dusz.

PODPISUJESZ JUŻ DZIŚ CZY MAM SZUKAĆ ZASTĘPSTWA?”

Patrzyliśmy na siebie w absolutnej, ciężkiej, niemal namacalnej ciszy, która była głośniejsza niż jakikolwiek krzyk.

Ja: Sztokholm, osiemnastego sierpnia, bilet już w kieszeni, serce już w walizce.

Ona: Kołobrzeg, szóstego września, main stage, morze ludzi, morze świateł, morze marzeń.

Sześć dni.

Sześć krótkich, rozpaczliwie krótkich, boleśnie krótkich dni, które miały być całym nieskończonym sierpniem, całym życiem, całym oddechem, całym światem.

Usiadła naprzeciwko mnie na tym samym krześle, na którym jeszcze wczoraj, jeszcze przed chwilą, była moja, cała moja, rozpalona, mokra, krzycząca moje imię.

Teraz wyglądała, jakby ktoś właśnie wyciągnął z niej powietrze, jakby ktoś właśnie wydłubał z niej duszę i zostawił tylko piękną, pustą skorupę.

Koszulka – moja koszulka – zsunęła się z jednego ramienia, odsłaniając ślad moich zębów, czerwony, żywy, jeszcze pulsujący.

Łza spłynęła po jej policzku, powoli, ciężko, jak perła spadająca z rozbitego naszyjnika.

– To jest ten koncert – powiedziała cicho, głosem, który drżał, pękał, rozpadał się na kawałki. – Ten, o którym marzyłam od dziecka, odkąd pamiętam, odkąd ojciec grał mi na akordeonie w paryskim metrze, odkąd wiedziałam, że kiedyś stanę na scenie i cały świat będzie słuchał.

A ty… to twoja szansa, której nie możesz odrzucić, której nie wolno ci odrzucić, której nie masz prawa odrzucić.

Milczałem.

Bo nie było słów.

Tylko ból, który rozlewał się po piersi jak gorąca smoła.

– Kuba… – jej oczy zaszły łzami, wielkimi, ciężkimi, błyszczącymi jak czarne perły. – Nie chcę, żebyś pojechał.

Ale nie chcę też, żebyś nie pojechał.

Wstałem.

Podszedłem.

Uklęknąłem przed nią, jak przed ołtarzem, jak przed królową, jak przed jedyną boginią, jaką kiedykolwiek będę czcił.

Wziąłem jej dłonie – zimne, drżące, tak delikatne, że bałem się je zgnieść.

– Posłuchaj mnie – powiedziałem, patrząc jej prosto w oczy, głosem, który sam ledwo poznawałem, głosem, który brzmiał jak przysięga. 

– Jadę.

Bo gdybym nie pojechał, kiedyś, w jakiejś przyszłości, spojrzałbym na ciebie i pomyślał: „przez nią nie pojechałem”.

A nie chcę cię nigdy, przenigdy obwiniać.

Ale wrócę.

Szóstego września będę pod sceną.

W pierwszym rzędzie.

Z pluszową rybką w kieszeni.

I jak zejdziesz z tej sceny, porwę cię.

I już nigdy, przenigdy, nigdy nie puszczę.

Jej łzy spływały po policzkach, ale uśmiechała się przez nie – najpiękniejszym, najsmutniejszym, najprawdziwszym uśmiechem świata.

– Obiecujesz? – szepnęła, głosem, który był jednocześnie błaganiem i wiarą.

– Obiecuję.

Na wszystko, co najświętsze.

Na morze.

Na czerwoną rybkę.

Na ciebie.

Całowaliśmy się długo, mocno, rozpaczliwie, jakbyśmy chcieli wessać w siebie nawzajem całe życie, które właśnie nam odbierano.

Smak soli na jej ustach – czy to morze, czy łzy, czy my sami – już nie wiedziałem.

I w tej chwili, w osiemnastu metrach kwadratowych poddasza, pod sierpniowym niebem Sopotu, które nigdy nie było tak błękitne i tak okrutne jednocześnie, wiedzieliśmy oboje:

to nie koniec.

To tylko przerwa.

I że szóstego września, o 20:30, na Main Stage Salt Wave Festival, wszystko się zacznie od nowa.

Ale na razie mieliśmy sześć dni.

I zamierzaliśmy je przeżyć tak, jakby były wiecznością.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...