Szukaj na tym blogu

15 lutego 2026

Czerwona rybka

43. Smak jej imienia


Przedstawienie trwało w moim domu, na deskach podłogi, które jeszcze przed chwilą skrzypiały pod naszymi ciałami w szaleństwie miłości, a teraz stały się najświętszą sceną świata.

Siedziałem na gołych pośladkach, nagi, całkowicie nagi, bez skrawka materiału, bez wstydu, bez tarczy, tylko ja i moje pragnienie, moje podniecenie tak wielkie, tak niepohamowane, tak graniczne, że prawie bolało, że prawie rozsadzało mi żyły, że prawie wyrywało serce z piersi.

Patrzyłem na nią, głodny jak dziecko odstawione od matki, spragniony jak pustynia deszczu, spragniony jej widoku, jej ciała, jej bijącego serca, jej czarnych, bezdennych oczu, jej miękkiego, drżącego głosu, jej zapachu, jej ciepła, jej istnienia.

A wtedy podeszła bliżej.

Jeszcze bliżej.

Tak blisko, że czułem gorąco jej ud na swoich policzkach.

Stanęła nade mną, złączyła uda, a ja, nie mogąc już dłużej wytrzymać, chwyciłem ją pod kolanami – mocno, rozpaczliwie, jakby to były ostatnie kolana na świecie – i przywarłem do niej całym sobą, drżąc, drżąc, drżąc tak, jakbym nigdy, przenigdy nie miał zamiaru puścić.

– Co robisz… och… – westchnęła, głosem, który był jednocześnie śmiechem i jękiem, modlitwą i przekleństwem.

Moja głowa, jakby sama, jakby prowadzona niewidzialną siłą, znalazła się nagle pod jej sukienką – pod tą krótką, sztywną, biało-niebieską sukienką w paski, która uniosła się niczym parasol, niczym baldachim, niczym święte sklepienie nad najdroższą relikwią.

Byłem pod nią.

Cały pod nią.

W jej cieniu, w jej cieple, w jej zapachu.

Nie wiedziałem, co o tym myśleć – rozum stał się bezużyteczny.

Ale ciało wiedziało lepiej.

Czułem ją – gorącą, wilgotną, pachnącą seksem, miłością, morzem, potem, nami.

Czułem zapach jej podniecenia, słodszy niż miód, cięższy niż ambrozja.

Czułem ciepło jej ud na moich policzkach, miękkość, gładkość, drżenie.

Czułem, jak sukienka muska mi włosy, jak sztywny materiał drapie skórę, jak wszystko wokół znika, zostaje tylko ona, tylko jej centrum, tylko jej tajemnica.

Uniosłem głowę – powoli, nabożnie – i patrzyłem od spodu w górę.

Na jej płaski, opalony brzuch, na głęboki pępek, na dolną krawędź sukienki, która ledwie, ledwie zakrywała to, co najpiękniejsze.

Na jej piersi, które unosiły się i opadały pod materiałem w rytm oddechu.

Na jej szyję, na jej podbródek, na jej usta – rozchylone, drżące.

Na jej oczy, które patrzyły w dół, na mnie, z mieszanką miłości, zaskoczenia i czystego, niepohamowanego pożądania.

I wtedy zrozumiałem.

To nie było przedstawienie.

To była ofiara.

Ofiara jej ciała dla mnie.

I moja ofiara dla niej.

I oboje byliśmy gotowi spłonąć.

Całkowicie.

Bez reszty.

Na zawsze.

I wtedy westchnęła,

westchnęła tak głęboko, tak miękko, tak rozpływająco, że całe powietrze w izbie zadrżało, jakby sam dom wstrzymał oddech, jakby sosny za oknem przestały szumieć, jakby morze daleko w zatoce zatrzymało swoje fale tylko po to, by usłyszeć to jedno, jedyne, niebiańskie westchnienie, które było jednocześnie prośbą najpokorniejszą i rozkazem najsłodszym, przyzwoleniem absolutnym i błaganiem o więcej, o wszystko, o wieczność.

A kiedy spojrzałem w jej twarz, w jej oczy, te dwa czarne, bezdenne, rozpalone jeziora, w których odbijało się całe niebo i całe piekło naraz, zrozumiałem wszystko bez słów:

oddanie tak całkowite, że aż bolało,

miłość tak czystą, że aż grzeszną,

pożądanie tak wielkie, że prawie święte.

– Och… no dobrze… – szepnęła głosem, który był już tylko drżeniem, tylko szeptem anioła upadłego z rozkoszy. – Jak tak bardzo chcesz… to bierz, Kuba…

bierz mnie…

całą…

tylko powiedz…

tylko powiedz, co chcesz…

Ale ja nie mogłem mówić.

Słowa spaliły się w gardle, zamieniły w popiół, w dym, w modlitwę bezgłośną.

Zrozumiała.

Ona zawsze rozumiała.

Delikatnie, bardzo powoli, niemal w zwolnionym tempie, jakby każdy ruch miał trwać wieczność, ugięła kolana, opadając niżej, niżej, niżej, aż jej gorąca, wilgotna, pachnąca niebem i grzechem kobiecość znalazła się dokładnie na wysokości moich spragnionych, spieczonych od gorączki pożądania ust.

I wtedy, w tej jednej, jedynej, niepowtarzalnej chwili,

gdy jej sztywna, biało-niebieska sukieneczka uniosła się jeszcze wyżej, tworząc nad moją głową baldachim z dziecięcej niewinności i dorosłego szaleństwa,

gdy jej uda rozchyliły się szerzej, szerzej, szerzej,

gdy jej zapach, słodko-kwaśny, odurzający, jedyny na całym Bożym świecie, uderzył mnie niczym fala,

gdy jej ciepło, jej wilgoć, jej drżenie otuliło moje policzki niczym najświętsza relikwia,

wtedy pocałowałem ją tam,

powoli,

nabożnie,

całkowicie,

jakby to był pierwszy i ostatni raz w życiu.

I wiedziałem, że właśnie wszedłem do raju,

który ma smak jej imienia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...