Szukaj na tym blogu

14 lutego 2026

Czerwona rybka

42. To była ofiara


Sztywny, gruby len w biało-niebieskie paski, trapez rozszerzający się od ramion, na cienkich, białych tasiemkowych ramiączkach, które ledwie trzymały całość na miejscu.

Krótki – obscenicznie krótki, ledwie do połowy pośladków, jakby ktoś zapomniał doszyć resztę.

– Nie jest za mała? – zapytałem, uśmiechając się jedną stroną ust, bo wydawało mi się to niemożliwe, absolutnie niemożliwe.

Spojrzała na mnie jeszcze raz, zmrużyła powieki, a w jej oczach błysnęło coś głębokiego, coś, co trudno nazwać – miłość, tęsknota, przekora, dziecięca radość i dorosłe pożądanie w jednym.

– Nie – odparła cicho, głosem, który był jednocześnie śmiechem i westchnieniem. – Ona taka właśnie powinna być. Krótka. Luźna.

Zresztą… sam zobaczysz.

– dodała i zanim zdążyłem odpowiedzieć, zaczęła się ubierać.

Zdjęła moją koszulkę jednym ruchem, rzuciła ją na podłogę, jakby to była ostatnia bariera między nami.

Potem, powoli, z namaszczeniem, wciągnęła sukienkę.

Najpierw przez głowę, potem ramiączka na ramiona, potem poprawiła paski, które ledwie trzymały materiał na miejscu.

I wtedy stanęła przede mną.

Boże.

Nie.

To nie było słowo.

To było westchnienie całego świata.

W tej sukience, w tym czymś, co ledwie zakrywało jej pośladki, w tym lnianym, sztywnym, bufiatym worku w biało-niebieskie paski, wyglądała jak najpiękniejsza lalka, jaką kiedykolwiek stworzono – lalka, która właśnie ożyła i postanowiła uwieść całego człowieka.

Krótka, obscenicznie krótka, odstająca od ciała, przy każdym ruchu unosząca się, odsłaniająca wszystko i nic jednocześnie.

Bose stopy, czarne włosy w nieładzie, oczy ogromne, usta rozchylone – wyglądała jak czternastolatka i jak bogini w jednym.

– I co? – zapytała cicho, z oczekiwaniem, które było jednocześnie nieśmiałe i bezwstydne.

– Lilia… – wyszeptałem, bo głos mi się załamał. – Nie wiem, co powiedzieć…

– Ale… podobam ci się? – zapytała, a w jej głosie było wszystko: nadzieja, strach, miłość, pożądanie.

– Czy mi się podobasz? – powtórzyłem, czując, jak serce chce mi wyskoczyć z piersi. – Dziewczyno… ja… ja umieram z miłości.

I wtedy powiedziała:

– Usiądź.

– Gdzie?

– Na podłodze. Będziesz moją widownią. Chcę dla ciebie zaśpiewać… tak jak wtedy, gdy po raz pierwszy wyszłam na dużą scenę.

Nie czekała.

Wzięła szczotkę do włosów, uniosła jak mikrofon i zaczęła nucić – cicho, niewinnie, trochę nieporadnie, jakby naprawdę miała znowu piętnaście lat.

I tańczyć zaczęła – nie jak gwiazda, ale jak dziewczynka, która dopiero odkrywa swoje ciało, swoje piękno, swoją moc.

Sukienka podskakiwała, unosiła się, odsłaniała wszystko – uda, pośladki, brzuch, pępek, nawet błysk między nogami.

A ja siedziałem na podłodze, z otwartymi ustami, z sercem walącym jak młot, z członkiem tak twardym, że bolało, i wiedziałem, że za chwilę rzucę się na nią, porwę ją, wezmę ją tak, jak nigdy nikogo nie brałem.

Bo to nie był pokaz.

To była ofiara.

I ja byłem gotów ją przyjąć.

Całą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...