42. To była ofiara
Sztywny, gruby len w biało-niebieskie paski, trapez rozszerzający się od ramion, na cienkich, białych tasiemkowych ramiączkach, które ledwie trzymały całość na miejscu.
Krótki – obscenicznie krótki, ledwie do połowy pośladków, jakby ktoś zapomniał doszyć resztę.
– Nie jest za mała? – zapytałem, uśmiechając się jedną stroną ust, bo wydawało mi się to niemożliwe, absolutnie niemożliwe.
Spojrzała na mnie jeszcze raz, zmrużyła powieki, a w jej oczach błysnęło coś głębokiego, coś, co trudno nazwać – miłość, tęsknota, przekora, dziecięca radość i dorosłe pożądanie w jednym.
– Nie – odparła cicho, głosem, który był jednocześnie śmiechem i westchnieniem. – Ona taka właśnie powinna być. Krótka. Luźna.
Zresztą… sam zobaczysz.
– dodała i zanim zdążyłem odpowiedzieć, zaczęła się ubierać.
Zdjęła moją koszulkę jednym ruchem, rzuciła ją na podłogę, jakby to była ostatnia bariera między nami.
Potem, powoli, z namaszczeniem, wciągnęła sukienkę.
Najpierw przez głowę, potem ramiączka na ramiona, potem poprawiła paski, które ledwie trzymały materiał na miejscu.
I wtedy stanęła przede mną.
Boże.
Nie.
To nie było słowo.
To było westchnienie całego świata.
W tej sukience, w tym czymś, co ledwie zakrywało jej pośladki, w tym lnianym, sztywnym, bufiatym worku w biało-niebieskie paski, wyglądała jak najpiękniejsza lalka, jaką kiedykolwiek stworzono – lalka, która właśnie ożyła i postanowiła uwieść całego człowieka.
Krótka, obscenicznie krótka, odstająca od ciała, przy każdym ruchu unosząca się, odsłaniająca wszystko i nic jednocześnie.
Bose stopy, czarne włosy w nieładzie, oczy ogromne, usta rozchylone – wyglądała jak czternastolatka i jak bogini w jednym.
– I co? – zapytała cicho, z oczekiwaniem, które było jednocześnie nieśmiałe i bezwstydne.
– Lilia… – wyszeptałem, bo głos mi się załamał. – Nie wiem, co powiedzieć…
– Ale… podobam ci się? – zapytała, a w jej głosie było wszystko: nadzieja, strach, miłość, pożądanie.
– Czy mi się podobasz? – powtórzyłem, czując, jak serce chce mi wyskoczyć z piersi. – Dziewczyno… ja… ja umieram z miłości.
I wtedy powiedziała:
– Usiądź.
– Gdzie?
– Na podłodze. Będziesz moją widownią. Chcę dla ciebie zaśpiewać… tak jak wtedy, gdy po raz pierwszy wyszłam na dużą scenę.
Nie czekała.
Wzięła szczotkę do włosów, uniosła jak mikrofon i zaczęła nucić – cicho, niewinnie, trochę nieporadnie, jakby naprawdę miała znowu piętnaście lat.
I tańczyć zaczęła – nie jak gwiazda, ale jak dziewczynka, która dopiero odkrywa swoje ciało, swoje piękno, swoją moc.
Sukienka podskakiwała, unosiła się, odsłaniała wszystko – uda, pośladki, brzuch, pępek, nawet błysk między nogami.
A ja siedziałem na podłodze, z otwartymi ustami, z sercem walącym jak młot, z członkiem tak twardym, że bolało, i wiedziałem, że za chwilę rzucę się na nią, porwę ją, wezmę ją tak, jak nigdy nikogo nie brałem.
Bo to nie był pokaz.
To była ofiara.
I ja byłem gotów ją przyjąć.
Całą.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz