56. Rozłożyła szeroko nogi
Seria gwałtownych, pojedynczych, silnych uderzeń – jedno po drugim, bez litości, bez wahania, bez końca – rozbrzmiewała w pokoju głośnym, mokrym, nieprzyzwoicie pięknym klap-klap-klap-klap, jakby samo powietrze, samo drewno, sama pościel dołączyły do tej symfonii, jakby cały domek, cały las, całe morze chciały być świadkami tego, co się między nami działo.
Napięcie w moich jądrach – ciężkich, napęczniałych, pełnych życia – było obłędnie nieznośne, było sygnałem tak wyraźnym, tak palącym, tak nie do zniesienia, że wiedziałem, czułem każdym nerwem, każdym oddechem, że jestem już blisko, że finał nadchodzi wielkimi krokami, że za chwilę eksploduję w niej całym sobą, całą miłością, całym pożądaniem.
– Hhhh… oooohhh… oooohhh… aaaahhh… – jęczała coraz głośniej, coraz bardziej donośnie, głosem, który już nie był ludzkim głosem, tylko pieśnią rozkoszy, tylko krzykiem syreny, tylko błaganiem o więcej, o jeszcze więcej, o wszystko.
Była taka bezradna i jednocześnie taka władcza – bezradna w swej ekstazie, władcza w swej miłości – a ja czułem się panem świata i niewolnikiem jednocześnie, czułem się bogiem i żebrakiem, czułem się wszystkim i niczym naraz, i to było cudowne, to było najcudowniejsze uczucie, jakie kiedykolwiek dane było człowiekowi doświadczyć.
Chwyciła mnie za biodra – mocno, rozpaczliwie, palcami wbijającymi się w skórę – i przyciągała do siebie z całą siłą, z całą desperacją, z całą miłością, bym jeszcze głębiej, jeszcze mocniej, jeszcze bardziej całkowicie ją spenetrował, bym wszedł w nią do samego końca, do samego serca, do samego nieba.
W przerwie, w tym krótkim, nieładnym, roztrzęsionym chaosie, próbowała założyć mi nogę na ramię tak jak wcześniej – tę smukłą, gorącą, drżącą nogę – ale nie mogła, była zbyt roztrzęsiona, zbyt rozpromieniona, zbyt pochłonięta rozkoszą, która zalewała ją falami.
Szamotaliśmy się chwilę, próbując poprawić pozycję, próbując znaleźć jeszcze lepszy kąt, jeszcze głębsze połączenie, a mój twardy, żylasty, rozpalony penis poruszał się w niej niczym świder, obracał wokół własnej osi – odrobinę w lewo, odrobinę w prawo, odrobinę w górę, odrobinę w dół – co przyprawiało mnie o słodkie, niebiańskie dreszcze z tyłu głowy, na karku, wzdłuż kręgosłupa, aż do samych jąder.
W końcu udało się jej założyć obydwie kostki na moje obojczyki – wysoko, dumnie, prowokująco – a jej rozpalona, wilgotna, ciasna pizdeczka była niebiańsko wystawiona w moją stronę, całkowicie otwarta, całkowicie moja, całkowicie nasza.
Siedziałem w samym centrum, głęboko, tak głęboko, że czułem jej serce bijące wokół mnie.
Rozpocząłem powoli pchnięcia – krótkie, głębokie, precyzyjne, przy samym dnie, przy samym końcu, tam, gdzie wszystko było najgorętsze, najciaśniejsze, najsłodsze – a ona zaciskała się na mnie jak nigdy wcześniej, jak najsłodsze, najgorętsze, najniebiańsze więzienie świata.
Jej kostki po chwili zsunęły się z moich ramion – miękko, leniwie, jakby same nie chciały już dłużej walczyć – ale to nie miało znaczenia, absolutnie żadnego znaczenia.
Znów rozłożyła szeroko nogi, tak szeroko, jak tylko mogła, sterczały wysoko w powietrzu niczym dwie białe flagi kapitulacji przed miłością, a ja, podparty wokół niej, penetrowałem jej wnętrze jak wcześniej – mocno, głęboko, rytmicznie, czując, że jeszcze będę musiał popracować nad swoim orgazmem, że jeszcze mogę, że jeszcze chcę, że jeszcze dam radę przedłużyć tę niebiańską mękę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz