20. Taki zapach… nie perfumy
Emma siedziała przy swoim biurku na najwyższym piętrze wieżowca, gdzie panoramiczne okna rozciągały się od podłogi po sufit, a miasto poniżej pulsowało już pierwszymi światłami wieczoru, choć dzień jeszcze nie oddał całkowicie pola nocy. Było późne popołudnie, powietrze w biurze ciężkie od resztek klimatyzacji i zapachu kawy, która dawno wystygła w kubkach porzuconych na stołach.
Biuro powoli pustoszało – kroki oddalały się korytarzem, drzwi wind zamykały się z cichym westchnieniem, głosy współpracowników cichły w oddali – a ona wciąż tkwiła w fotelu, wpatrując się w ekran komputera, gdzie litery raportu rozpływały się w bezsensowną, szarą plamę, jakby ktoś rozlał na monitorze atrament zmęczenia i czegoś znacznie głębszego. Na jej skórze, pod elegancką bluzką, pod materiałem stanika, wciąż czaił się ten zapach – subtelny, lecz natarczywy, jakby pozostałość po nim wniknęła w pory, w włosy, w samo powietrze, które wdychała, choć minęła cała doba od tamtej chwili w barze. Zapach nie był zwykły – ciepły, pierwotny, z nutą wilgotnej ziemi po burzy i czegoś cielesnego, co budziło w niej lekkie drżenie za każdym razem, gdy próbowała skupić się na pracy.
Do jej boksu weszła Lena – wysoka blondynka o figurze, która zawsze przyciągała spojrzenia w open space, z burzą włosów spiętych niedbale i śmiechem, który potrafił wypełnić całe piętro. Niosła w dłoni kubek z kawą, jeszcze parujący, rzuciła torbę na wolne krzesło z charakterystycznym rozmachem i usiadła na krawędzi biurka Emmy, unosząc brew w łuku pełnym ciekawości i lekkiego rozbawienia. Jej perfumy – świeże, cytrusowe – na chwilę przykryły tamten zapach, lecz tylko na chwilę, bo on wrócił natychmiast, gdy Emma poruszyła się lekko w fotelu.
– No dalej, wypluj to wreszcie – powiedziała Lena, głosem ciepłym, lecz natarczywym, opierając się wygodniej. – Od rana chodzisz jak duch. Co się stało wczoraj w tym barze? Miałaś tylko „odreagować po sprawie Johnsona”, a wracasz dziś z oczami jak po nieprzespanej nocy. I to nie takiej zwykłej, z wina i zmęczenia.
Emma westchnęła głęboko, odwracając wzrok w stronę okna, gdzie miasto poniżej zaczynało migotać pierwszymi światłami, a niebo nad wieżowcami przybierało odcień głębokiego błękitu zmierzchu. Przez chwilę milczała, szukając słów, które nie brzmią jak szaleństwo, które nie zdradzą zbyt wiele z tego, co wciąż pulsowało w niej pod powierzchnią – ciepła na skórze, wilgoci w pamięci, drżenia, które wracało za każdym razem, gdy zamknęła oczy.
– Nie wiem, jak to wytłumaczyć, żeby nie brzmiało… głupio – powiedziała wreszcie, głosem cichszym niż zwykle, jakby bała się, że głośniejsze słowo przywoła go z powrotem.
Lena przewróciła oczami z teatralnym westchnieniem, odstawiając kubek na biurko.
– Em, znamy się od studiów. Widziałam cię pijaną do granic, zapłakaną nad chłopakiem, który nie zasługiwał na łzy, i w stanie, w którym śpiewałaś karaoke do „Total Eclipse of the Heart” z taką pasją, że cały bar milkł. Nic już mnie nie zaskoczy. Mów.
Emma oparła łokcie na biurku, zaciskając dłonie tak mocno, że knykcie zbielały lekko – próbowała uchwycić się rzeczywistości, faktów, czegokolwiek stałego, podczas gdy w środku wszystko drżało, jakby tamten zapach, tamto ciepło wciąż muskało skórę pod ubraniem.
– Byłam przy barze, sama, jak zwykle – zaczęła powoli, głosem, który drżał lekko na krawędziach. – Zamówiłam wino. I nagle… poczułam coś. Nie wiem, jak to nazwać. Jakby powietrze zrobiło się cięższe, cieplejsze, gęstsze. Taki zapach… nie perfumy, nie dezodorant, nie alkohol. Coś głębszego, bardziej cielesnego. Jakby ktoś otworzył drzwi do lasu w środku lata, tylko że to było… żywe, ciepłe, jakby skóra rozgrzana słońcem i coś jeszcze, coś, co wdzierało się w płuca i nie chciało wyjść.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz