Szukaj na tym blogu

28 kwietnia 2026

Zapach rozkoszy

31. Musi kogoś uprzedzić


Jacek przewracał się z boku na bok, materac skrzypiał cicho pod jego ciężarem. Noc była duszna, powietrze gęste jak syrop, wchodziło do płuc z trudem. Wentylator na biurku obracał się leniwie, tylko rozgarniając wilgotną ciepłotę, która osiadała na skórze kolejną warstwą potu. Krople spływały mu powoli wzdłuż kręgosłupa, gromadziły się w zagłębieniu lędźwi, potem ściekały niżej, wsiąkając w gumkę bokserek.

W głowie nie chciał odejść obraz Clary. Jej usta rozchylone w bezgłośnym krzyku rozkoszy, oczy przymknięte, rzęsy drżące. Skóra na szyi zarumieniona, pulsująca szybko żyła. I ten moment, kiedy spojrzała na Alexa – spojrzenie pełne całkowitego poddania, jakby oddawała mu nie tylko ciało, ale coś znacznie głębszego. Alex odpowiedział uśmiechem drapieżnym, spokojnym, jakby od dawna wiedział, że tak właśnie będzie. Jacek czuł, jak to wspomnienie wbija mu się pod skórę, gorące i nie do zniesienia.

W końcu nie wytrzymał. Odsunął wilgotną pościel, wstał. Stopy przykleiły się na chwilę do linoleum, potem oderwały z cichym mlasknięciem. Przeszedł przez pokój cicho, otworzył drzwi na korytarz. Powietrze tu było minimalnie chłodniejsze, ale wciąż ciężkie, pachniało starym drewnem i czyimś odległym potem.

Zatrzymał się przy oknie na klatce schodowej. Księżyc wisiał nisko, blady i ogromny, rzucał srebrzyste światło na dziedziniec przed akademikiem. I wtedy ich zobaczył.

Alex stał pod drzewem, w głębokim cieniu kasztanowca, sylwetka wysoka, nieruchoma. Clara podchodziła do niego powoli, jakby każdy krok kosztował ją resztkę sił. Nogi miała lekko ugięte, biodra kołysały się leniwie, jakby wciąż pamiętały rytm, w którym niedawno się poruszała. Włosy, jasne i wilgotne, opadały swobodnie na ramiona, kilka pasm przykleiło się do policzków i szyi. Sweter, cienki, letni, przylegał do ciała jak druga skóra; pod materiałem wyraźnie rysowały się pełne piersi, unoszące się szybko, sutki stwardniałe, odcinające się ostro na tle jasnej wełny.

Zatrzymała się tuż przed nim. Oczy miała zamglone, powieki ciężkie. Usta opuchnięte, czerwone, jakby całowane zbyt długo i zbyt mocno. Oddychała płytko, piersi falowały. Co chwilę przysuwała się bliżej, aż w końcu oparła czoło o jego ramię. Palce szukały jego dłoni, splatały się z nimi delikatnie, ale natarczywie.

– Jeszcze, – wyszeptała tak cicho, że Jacek ledwo usłyszał. Głos drżał, był ochrypły od wcześniejszych jęków. – Proszę… chcę więcej.

Alex nie odpowiedział słowami. Tylko objął ją ramieniem, dłoń położył na jej talii, palce rozpostarł szeroko, czując ciepło ciała przez cienki sweter. Pochylił głowę, nosem musnął jej włosy, wciągnął powietrze głęboko. Zapach Clary – słony pot, słodka wilgoć między udami, resztki jej perfum – wypełnił mu nozdrza. Uśmiechnął się lekko, prawie niewidocznie.

Ruszyli powoli w stronę parku. Jacek patrzył na nich jeszcze chwilę, potem coś w nim pękło. Wrócił do pokoju tylko po to, żeby włożyć koszulkę. Wyszedł boso, w samych bokserkach i cienkim T-shircie, który natychmiast przylgnął do spoconego torsu. Trzymał się w cieniu budynków, potem drzew, zawsze kilkanaście metrów za nimi. Serce biło mu tak mocno, że bał się, iż usłyszą.

Park o tej porze był pusty. Ścieżka wijąca się między starymi lipami i kasztanowcami, trawa wilgotna od rosy, chłodziła stopy. Księżyc malował wszystko srebrnymi smugami, cienie drzew kładły się długie i ostre. Powietrze pachniało ziemią, liśćmi i czymś jeszcze – słodko-cierpką nutą, która dochodziła od Clary.

Zatrzymali się przy starej, omszałej ławce pod wielką lipą. Clara oparła się plecami o pień, ręce rozłożyła lekko na boki, palce zacisnęły się na korze. Alex stanął tuż przed nią, tak blisko, że ich ciała prawie się stykały. Dłoń położył na jej biodrze, palce wsunął pod brzeg swetra, dotykając nagiej, gorącej skóry. Drugą ręką musnął jej policzek, potem szyję, zjechał niżej, zatrzymał się tuż nad piersią.

Clara westchnęła głęboko. Głowa opadła jej na bok, odsłaniając szyję. Oczy przymknęła. „Dotknij mnie” – wyszeptała. „Proszę…”

Alex pochylił się powoli. Usta znalazły miejsce tuż pod jej uchem, tam gdzie skóra była najcieplejsza, najwilgotniejsza. Wciągnął zapach – słony, kobiecy, zmieszany z czymś dzikim, co pochodziło od niego samego. Język musnął skórę lekko, smakując pot i resztki wcześniejszej namiętności. Clara zadrżała całym ciałem, biodra przysunęły się do przodu instynktownie.

Jacek przykucnął za gęstym krzakiem bzu, oddalony o kilka metrów. Widział wszystko zbyt wyraźnie: jak dłoń Alexa wsuwa się wyżej pod sweter, jak palce obejmują pierś, jak kciuk zatacza powolne koła wokół sutka. Słyszał ciche jęki Clary, miękkie, błagalne. Czuł, jak ten sam zapach – ciężki, zwierzęcy – dociera i do niego, wnika w nozdrza, budzi coś pierwotnego w dole brzucha. Coś, czego nie chciał nazwać.

Nagle Alex znieruchomiał. Głowa uniosła się powoli. Spojrzał prosto w stronę krzaków. Oczy błysnęły na moment złotawym, nieludzkim blaskiem, jakby odbijały księżyc w inny sposób niż powinny. Uśmiechnął się lekko, prawie niedostrzegalnie. Jakby wiedział. Jakby od początku czuł obecność.

Jacek wstrzymał oddech. Cofnął się głębiej w cień, serce waliło mu jak oszalałe. Gałązki drapały go po ramionach, ale nie czuł bólu. Tylko strach – zimny, mimo upału – i coś jeszcze, coś gorącego i wstydliwego.

Kiedy znowu spojrzał, ich już nie było. Sylwetki rozpłynęły się wśród drzew, dalej w głąb parku, gdzie księżyc ledwo docierał. Tylko zapach pozostał – gęsty, słodko-słony, unoszący się w ciepłym powietrzu.

Jacek stał jeszcze długo pod lipą. Palce dotykały kory w miejscu, gdzie przed chwilą opierała się Clara. Czuł resztki ciepła jej ciała. Powietrze wokół pachniało nimi obojgiem – seksem, potem, pożądaniem. Coś w nim drgnęło mocno, boleśnie.

Wrócił do akademika powoli, boso po chłodnej trawie, potem po betonie korytarza. Pokój przywitał go znajomą, duszącą ciepłotą. Położył się na łóżku, wpatrzony w sufit, gdzie księżyc rzucał blade smugi przez żaluzje.

Już nie był tylko obserwatorem. Stał się kimś innym. Detektywem w sprawie, której nie rozumiał. Kimś, kto musi wiedzieć więcej. Ktoś, kto musi kogoś uprzedzić – choć jeszcze nie wiedział kogo i przed czym.

Ale zapach Clary i Alexa wciąż wisiał w powietrzu jego pamięci, gęsty i nie do wywietrzenia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

58. Z echem tego dotyku Z drugiego końca autobusu patrzył na nią mężczyzna. Wysoki, o idealnie wyrzeźbionym ciele, które czarna koszul...