29. Mogę być głośno
Kilka osób zażartowało dwuznacznie, słowa padały szybko, z lekkim chichotem, z nutą prowokacji w głosie – ktoś rzucił „No, Zuza idzie na całość!”, inny gwizdnął nisko, przeciągle, dźwięk ten zawisł w powietrzu jak echo czegoś zakazanego, lecz nikt nie protestował, nikt nie próbował zatrzymać, bo wszyscy czuli, że coś wisi w powietrzu, coś ciężkiego i gorącego, co nie pozwalało odejść, co trzymało ich w kręgu, spojrzenia błyszczące, oddechy przyspieszone, ciała pochylone lekko do przodu, jakby czekali na kolejny akt tej tajemniczej sztuki, którą Alex właśnie zaczął. Śmiechy były nerwowe, podszyte podnieceniem, ręce zaciskały się na butelkach, palce drżały lekko, a zapach alkoholu mieszał się z zapachem potu, z zapachem pożądania, który unosił się już nie tylko od Clary, lecz od wszystkich, powoli, nieustannie, budując napięcie, które sprawiało, że skóra mrowiła, że spojrzenia wracały do Alexa, do Zuzi, do drzwi, za którymi mieli zniknąć.
Korytarz był ciemniejszy, gorętszy niż pokój – betonowe ściany trzymały ciepło całego dnia, oddając je powoli, jakby oddychały rozgrzanym powietrzem, a światło z pojedynczej żarówki na suficie rzucało długie, migotliwe cienie, które tańczyły na podłodze przy każdym kroku. Powietrze gęste było od zapachu rozgrzanego asfaltu unoszącego się z dołu, od ulicy, od odległego grilla gdzieś w blokach obok, gdzie dym mieszał się z wonią mięsa i węgla, i słodkawej wilgoci Wisły niesionej lekkim wiatrem przez otwarte okno na końcu korytarza – zapach rzeki w nocy, ciężki, ziemisty, zmieszany z czymś miejskim, z benzyną i latem. Dźwięki z pokoju dochodziły stłumione – śmiechy, muzyka, szelest ciał na poduszkach – lecz tu, na korytarzu, panowała cisza gęstsza, przerywana tylko ich krokami, oddechem Zuzi przyspieszonym, lekkim stuknięciem drzwi, które zamknęły się za nimi.
Zuza oparła się plecami o ścianę obok okna, beton chłodniejszy niż powietrze, kontrastujący z gorącem jej skóry, biodro wysunięte lekko w prowokującym łuku, bluzka rozpięta o jeden guzik za dużo, materiał przylegał do wilgotnej skóry, podkreślając krągłości piersi unoszących się szybko pod cienką bawełną, sutki rysujące się delikatnie, napięte od chłodu betonu i od ciepła, które paliło wewnątrz. Rude włosy przylegały do karku wilgotnymi pasmami, opadając na ramiona, zapach jej perfum – korzenny, słodki, z nutą wanilii i czegoś ostrego – mieszał się z zapachem potu, z zapachem podniecenia, który unosił się od niej falami, gorący i natarczywy.
– No dalej – powiedziała niskim, zadziornym głosem, uśmiech dziki na ustach, oczy błyszczące w półmroku korytarza jak dwa płomienie, patrzące na niego z wyzwaniem i błaganiem zarazem. – Clara dostała dwie rundy przy wszystkich. Ja chcę swoją. I to nie tylko dłonie.
Pochyliła się bliżej, krok jeden, drugi, dłoń jej powędrowała od razu do jego klatki piersiowej, palce wsunęły się pod koszulę bez wahania, muskając ciepłą skórę, szukając ciepła, twardości mięśni, pulsowania pod spodem, paznokcie lekko drapiące, wywołujące dreszcz. Usta jej prawie dotknęły jego szyi, oddech gorący i wilgotny musnął skórę, zapach jej podniecenia – słodki, cielesny, zmieszany z potem i perfumami – wypełnił przestrzeń między nimi całkowicie. – Tu nikt nie przeszkodzi – wyszeptała, głos drżący lekko od podniecenia, wargi bliskie jego uchu. – Mogę być głośno… albo cicho. Jak wolisz.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz