Szukaj na tym blogu

29 kwietnia 2026

Zapach rozkoszy

32. Potrzebuję Cię znowu


Poranek przyniósł tylko większy upał – słońce już o ósmej prażyło niemiłosiernie przez otwarte okna, powietrze ciężkie od spalin ulicznych i słodkawej woni kwitnących lip pod kampusem, które unosiły się leniwie, mieszając się z zapachem kawy z kuchni wspólnej i resztek alkoholu z nocy. Clara obudziła się w swoim pokoju powoli, ciało wyczerpane, ciężkie jak po maratonie rozkoszy, mięśnie drżały lekko przy każdym poruszeniu, skóra nadwrażliwa na najmniejszy dotyk prześcieradła, które muskało sutki, brzuch, uda, wywołując dreszcze echo tamtych fal. Leżała długo naga pod cienką kołdrą, oddech płytki i ciepły, oczy półprzymknięte, pot spływający po piersiach i brzuchu leniwymi strużkami, lśniący w porannym świetle, zapach własnego ciała – słodki, cielesny, zmieszany z jego esencją – unosił się wokół, otulając jak mgła.

W głowie tylko on: zapach piżma, wanilii i wilgotnej ziemi po burzy, który wrócił natychmiast na wspomnienie; ciepło palców na skórze, muskających, posiadających; fale rozkoszy, które nie chciały przestać falować nawet we śnie, pulsujące wewnątrz, budząc wilgoć świeżą, gorącą, jakby ciało pamiętało i domagało się więcej. Nie mogła myśleć o niczym innym – wykład o dziesiątej? Śniadanie z dziewczynami? Przyjaciele pytający, co się stało? Wszystko blade i odległe, jakby należało do kogoś innego, do życia przed tą nocą. Myśli jej tonęły w nim: 

„Gdzie on jest, kiedy wróci, kiedy znowu dotknie, weźmie, wypełni?”, a ciało drżało lekko pod kołdrą, sutki napięte, wilgoć spływająca po udach, oddech przyspieszony na samo wspomnienie.

Wstała w końcu, chwiejnie, nogi miękkie, jakby wciąż uniesione w jego ramionach, podeszła do lustra powoli, stopy muskające chłodne kafelki podłogi. Rumieńce głębokie na policzkach, oczy błyszczące nienaturalnie, pełne tęsknoty i euforii, usta opuchnięte od pocałunków i westchnień, szyja naznaczona lekkimi śladami własnych paznokci z nocy, gdy ciało wygięło się w ekstazie, czerwone linie delikatne, lśniące lekko. Patrzyła na siebie długo, dłoń sunąca po skórze, po piersiach, po brzuchu, po udach, muskając miejsca, gdzie jego dotyk pozostał echem, ciepłym i natarczywym, a w umyśle jej tylko jedno: 

„Jestem jego, całkowicie, i chcę więcej, zawsze więcej”.

Wzięła telefon – dłoń jej drżała lekko, gdy wyciągła go z torebki, ekran rozbłysnął w porannym świetle, rzucając blady blask na jej twarz, na rumieńce, które nie chciały zejść od wczoraj. Numer miała zapisany, nie pamiętała kiedy to się stało – może w nocy, w półśnie, gdy ciało wciąż drżało od fal, może on sam wpisał go, gdy spała wyczerpana, palce jego muskające ekran z tą samą precyzją, z jaką muskał jej skórę. Patrzyła na cyfry chwilę, oddech płytki, serce bijące szybko, jakby każde uderzenie przypominało o nim, o zapachu, o cieple, o pustce, którą zostawił. Napisała drżącymi palcami, litery pojawiały się powoli, jakby każde słowo ważyła na wadze pragnienia: 

„Nie mogę przestać o Tobie myśleć. Proszę… potrzebuję Cię znowu. Dziś. Gdziekolwiek. Błagam.” 

Palec zawisł nad przyciskiem wysyłania, drżał lekko, wilgoć na opuszkach zostawiała ślady na ekranie, a w myśli jej tylko jedno: 

„Co jeśli nie odpowie, co jeśli to był tylko sen, co jeśli nigdy więcej nie poczuję tego ciepła?”. 

Wysłała. Telefon opadł na łóżko, ekran zgasł, a ona usiadła na parapecie, nogi rozchylone lekko dla chłodu, który wiał od okna, powietrze poranne wilgotne i ciężkie, muskające skórę między udami, gdzie wilgoć pojawiała się znów na samo wspomnienie jego zapachu – piżma, wanilii, wilgotnej ziemi – serce bijące szybko, oddech urywany, czekając na odpowiedź, która miała stać się całym jej światem, na wibrację, na słowo, na obietnicę więcej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

58. Z echem tego dotyku Z drugiego końca autobusu patrzył na nią mężczyzna. Wysoki, o idealnie wyrzeźbionym ciele, które czarna koszul...