8. Sam z Urszulą
Mimo wszystko te wszystkie cechy zostawiałem niejako w tle, bo w tamtym okresie uderzyło mnie coś zupełnie innego. Coś, co poczułem już na samym początku naszej znajomości, choć jeszcze nie w pełni świadomie. Nie wiedziałem wtedy, czy to tylko mój własny przypadek, czy naprawdę tak się dzieje za każdym razem, gdy ona jest blisko.
Chodziło o dotyk.
Pierwszy dotyk Urszuli był niewinny, a jednocześnie wybuchowy jak uśpiony wulkan, który nagle budzi się do życia.
Pamiętam dokładnie ten moment pod wielką, rozłożystą brzozą za starą drewnianą stodołą koło jej domu. Rozmawialiśmy o czymś błahym – o pogodzie, o pracy w ogrodzie, o tym, co kto przyniósł z targu. Nagle, w ożywionej chwili, zapomniała o wszelkich konwenansach. Jej długie, delikatne palce musnęły moje – zupełnie przypadkiem, jakby wiatr popchnął jej dłoń. Potem, śmiejąc się z czegoś, co właśnie powiedziałem, położyła mi otwartą dłoń na ramieniu. Lekko, naturalnie, jakby to było najzwyklejsze na świecie.
I wtedy coś we mnie pękło.
Całe moje ciało drgnęło, jakby przeszedł przeze mnie gorący prąd. Serce przyspieszyło gwałtownie, oddech stał się płytszy i bardziej urywany. Czułem ciepło jej skóry nawet przez cienki materiał koszuli. Te giętkie, pianistyczne palce – tak szczupłe, a jednocześnie tak wyraźne w swoim dotyku – pozostawiły na mnie ślad, który jeszcze długo potem palił żywym ogniem. Trudno mi było uwierzyć, że zwykły, przelotny dotyk drugiej osoby może tak głęboko oddziaływać jednocześnie na ciało i na duszę. To było coś pięknego. Coś w rodzaju poezji zapisanej bezpośrednio na skórze, ciepłej i drżącej.
Urszula nie zdawała sobie z tego sprawy. Nie mogła zdawać. Jej dotyk nie był świadomą prowokacją ani żadną kalkulacją. Był po prostu jej naturalną, integralną częścią – tak samo jak cichy, miękki głos, jak sposób, w jaki pochylała głowę, gdy się wstydziła, jak delikatny, subtelny zapach jej skóry zmieszany z żywicą sosen i ciepłym letnim powietrzem. Ten dotyk był nią samą w najczystszej formie.
Od tamtej pory zacząłem zwracać na to uwagę coraz bardziej. Każde przypadkowe muśnięcie jej ręki, gdy podawała mi talerz. Każde lekkie oparcie się o moje ramię, gdy coś ją rozbawiło. Każde przelotne dotknięcie palców, gdy odbierała ode mnie koszyk z warzywami. Za każdym razem moje ciało reagowało tak samo – falą gorąca rozlewającą się po kręgosłupie, przyspieszonym pulsem i tym dziwnym, słodkim napięciem, które rodziło się nisko w brzuchu, ciężkie i przyjemne jednocześnie.
To był dopiero początek.
I choć jeszcze nic między nami nie zostało powiedziane na głos, już wtedy wiedziałem, że te drobne, niewinne dotyki Urszuli powoli, ale nieodwracalnie zmieniają wszystko.
Któregoś dnia, w samym sercu lata, Urszula przyjechała do mnie zupełnie niespodziewanie.
Przyjechała rowerem. Pokonała ponad dwadzieścia kilometrów w palącym upale, sama, tylko po to, żeby mnie zobaczyć. To było coś wyjątkowego. Dla mnie znaczyło bardzo dużo. Potrafiła podjąć taki wysiłek, żeby spędzić chwilę z chłopakiem, którego ledwo znała. W głowie miałem przekonanie – nie wiem, czy słuszne – że to ja powinienem do niej przyjeżdżać, a nie odwrotnie. A jednak to ona przyjechała. Bez zapowiedzi, bez wymówek.
Nie tłumaczyła dlaczego. Nie udawała, że „była w okolicy” ani że ma jakąś pilną sprawę. Po prostu przyjechała. Bez wielkich słów, bez wyjaśnień. Pamiętam, że mojej mamy nie było w domu. Bracia i siostra też gdzieś wybyli. Byłem zupełnie sam.
Sam z Urszulą.
Sam z dziewczyną.
Może dlatego, że w tamtym okresie nie miałem jeszcze większych doświadczeń z płcią przeciwną, ten fakt uderzył mnie z niezwykłą siłą. Już samo to, że siedziała ze mną sam na sam w pustym domu, wydawało mi się czymś wyjątkowym, niemal nierealnym, jakby ktoś otworzył drzwi do zakazanego ogrodu.
Zrobiłem herbatę. Postawiłem na stole talerz z ciastkami. Usiedliśmy w kuchni, przy otwartym oknie, przez które wpadał ciepły, letni wiatr niosący zapach świeżo skoszonej trawy i odległego sosnowego lasu. Rozmowa tym razem nie krążyła wokół kościoła ani Biblii. Nie dotyczyło jej też polityki ani parafialnych spraw. Mówiliśmy o nas samych – o tym, co lubimy, czego naprawdę pragniemy, czego się boimy w głębi duszy. Opowiadałem jej jakiś głupi, niedawny sen, który zapamiętałem. Ona słuchała uważnie, kiwając głową, z lekkim uśmiechem na ustach.
A potem, zupełnie jakby nieświadomie, przysunęła się bliżej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz