1. Natryski.
To były czasy, które trudno zapomnieć. Teraz, kiedy jest mi smutno i źle, siadam w ciszy i wspomnieniami wracam do tamtych dni. Pracowałem wtedy w PGR-erze i mieszkałem w hotelu pracowniczym. W tym miejscu należy wstawić małe sprostowanie. Właściwa nazwa tego miejsca to KPGO, czyli Kombinat Państwowych Gospodarstw Ogrodniczych. Chociaż i tak wszyscy mówili na to PGR.
Rzeczywiście, był to moloch, gigantyczne gospodarstwo rolno-ogrodnicze położone w środku lasu niedaleko stolicy. Ponad sto hektarów ziemi uprawnej, oraz trzynaście pod szkłem. To wszystko mogło robić duże wrażenie i robiło. Szczególnie na dwudziestoparoletnim chłopaku, który dopiero skończył szkołę średnią. Dziś sentymentem wracam do tamtych czasów. Chyba już nigdy nie będzie takiej firmy, która zapewni tak wysoki poziom warunków socjalnych, jak wtedy.
Nie przesadzam, takiego luksusu trudno obecnie szukać w jakiejkolwiek instytucji, czy firmie. Chociaż, swoją drogą, wtedy tego nie doceniałem, tak jak powinienem. Prosty przykład: hotel, za który płaciliśmy śmieszne grosze, darmowe obiady, deputat za węgiel, ziemniaki i mleko. Poza tym praca osiem godzin, pięć dni w tygodniu, pełny wymiar urlopu, wczasy pod gruszą, a także trzynastka. Kto z młodego pokolenia wie co to jest trzynastka?
Powiem szczerze, to wszystko było bardzo, ale to bardzo fajne, jednak nie o tym będzie to opowiadanie. Teraz chciałem się skupić na tak zwanym życiu prywatnym poza pracą, na tym, co działo się w hotelu, w ciszy, a raczej hałasie, naszych małych, skromnych pokoików. A muszę powiedzieć, że działo się dużo, oj działo się. W hotelu mieszkali sami młodzi ludzie, chłopaki i dziewczyny w wieku od dwudziestu do trzydziestu lat. Można śmiało powiedzieć, cała śmietanka ówczesnych szkół ogrodniczych i rolniczych. Wszyscy wyposzczeni, głodni wrażeń i nowych doświadczeń.
Dobrze, może już nie będę tak rozlegał i wreszcie przejdę do meritum sprawy.
Było popołudnie. Wróciłem właśnie ze szklarni. Byłem brudny i spocony. Dlatego przed obiadem postanowiłem się wykąpać. Nie ma w tym nic dziwnego, zwykle tak robiłem, kiedy wracałem z pracy.
W tym miejscu muszę zaznaczyć, że w hotelu łazienki były wspólne, po jednej na każdym piętrze. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle, po prostu tak było, każdy to akceptował i wszyscy się do tego przyzwyczaili.
Rozebrany do połowy, trzymając ręcznik w jednej ręce, a w drugiej mydło i szampon, wszedłem właśnie do wyżej wymienionej łazienki. Było to dość obszerne, ale stosunkowo ponure pomieszczenie. Jako przybytek tego typu, nie prezentowało się zbyt okazale. No cóż, śmiało można powiedzieć, że było obskurne.
Pod sufitem wisiały dwie jarzeniowe lampy, które ciągle głośno burczały, jak w jakimś starym porcie. Na środku, w poprzek całego pomieszczenia stał murek, który sięgał mi gdzieś do szyi. Do niego właśnie, z jednej i z drugiej strony, przymocowane były umywalki.
Tutaj można było dokonać szybkiej i pobieżnej toalety. Można było umyć nogi i twarz. Jeśli ktoś natomiast chciał się wykąpać, tak jak ja w tej chwili, to natryski, w ilości sztuk dwie, znajdowały się na drugim końcu tegoż pomieszczenia. Oczywiście, jak to w tamtych czasach bywało, kabiny wymurowane były z cegły i pokryte jakimiś szarymi płytkami. Wtedy chyba nikt nie słyszał o kabinach prysznicowych.
Ze zrozumiałych względów kolektywnej wspólnoty własnościowej, kąpiel nie była doświadczeniem zbyt komfortowym. Chyba, że ktoś miał lekkie odchyły w kierunku ekshibicjonizmu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz