29. Każda chwila.
Po ogarnięciu pierwszego szoku i ustaleniu rytmu dnia, przeszliśmy do normalnej pracy. Pierwszy obchód zrobiłem ja, ale wróciłem dość szybko, gdyż chciałem być przy niej. Czułem się tak, jakby każda chwila bez niej, była stracona.
Mimo, że najprawdopodobniej, nic się nie zmieniła, podobała mi się jeszcze bardziej. Może działo się tak za sprawą narastającej temperatury, zarówno tej na dworzu, jak i między nami. Tak naprawdę, uległo przeobrażeniu, chyba, tylko moje postrzeganie.
Czas jakby się zatrzymał, powietrze stało się ciężkie, każdy gest zdawał się nieść ze sobą jakiś podtekst. Odległość między nami była tak mała, że nie dotykając jej, zdawało mi się, iż czuję ciepło i miękkość jej skóry. Kiedy ona patrzyła w monitory, ja obserwowałem jej profil, a kiedy wstała, żeby przynieść sobie herbatę, gapiłem się w jej tyłek. Musiała o tym wiedzieć. Na pewno wiedziała, ale w żaden sposób, nie reagowała. Pozwalała, aby wypadki toczyły się same, a napięcie rosło stopniowo.
Jak na razie, tylko w ten sposób mogłem ją mieć i brałem to całymi garściami.
Wreszcie przyszła pora śniadania. Jako, że stróżówka podzielona była na dwie części, z czego jedna służyła do pracy, a druga była pomieszczeniem socjalnym, właśnie w tym drugim rozlokowała się moja koleżanka.
-Jak chcesz, możesz wrzucić sobie jedzenie do lodówki, - zaproponowałem troskliwie. - Sprawdzałem, jeszcze działa.
-Fajna, duża. Skąd się wzięła?
-To także pozostałość z moich czasów. Chyba była za duża i, widocznie, nie mogli jej zabrać, - wyjaśniłem.
Kiedy zjadła śniadanie odezwała się niepewnie, a jej głos zabrzmiał jeszcze bardziej podejrzanie.
-Andrzej, powiedz mi… to coś, na czym teraz siedzę… czy to się przypadkiem nie rozkłada?
Po raz kolejny się uśmiechnąłem. Miała rację i była bardzo spostrzegawcza.
-No tak… widzisz Aniu… tak, to jest zaleta tego obiektu.
Nie musiałem nic mówić. Wystarczyło tylko jedno moje spojrzenie w jej oczy i już wiedziała. Mimo wszystko, zachowywała się tak, jakby niczego nie była świadoma.
-Jaka zaleta?
Wstałem, podszedłem do niej i, delikatnie, dotknąłem jej włosów.
-Taka mała zaleta, - powiedziałem.
Uniosła głowę i spojrzała mi w twarz.
-O czym ty mówisz?
Motylki w brzuchu, wprost, nie dawały mi spokoju.
-Wieczorem zobaczysz, - rzekłem tajemniczo.
Zdawało mi się, że rozbiera mnie wzrokiem.
-Aha, czyli się rozkłada, jednak, tak?
Pokiwałam głową.
-Dokładnie, - powiedziałem.
Jakby wciąż nie dowierzała, ale czy rzeczywiście myślała, dokładnie, o tym, co ja?
-Poważnie?! - zapytała.
-No tak. Zgadłaś dziewczyno.
W jej policzkach, znów, pojawiły się te śliczne dołeczki.
-I co… wy tak całkiem legalnie... tutaj... no spaliście?
-No spaliśmy, ale nie ze sobą rozumiesz… Czy legalnie? He, he, he… no nie całkiem.
Spojrzała na mnie już całkiem poważnie.
-W takim razie, musimy tą noc podzielić na pół, - odezwała się rzeczowo.
-Co chcesz dzielić?
-No, noc… od której, do której śpisz ty i od której, do której ja.
-Ja bym nic nie dzielił.
-Jak to, nie dzielił?
-A po co?
-Jak to po co? Kto będzie czuwał przed monitorami? Eeeee… kolego, czy ty sobie nic nie wyobrażasz?!
Żart się udał. Wybuchłem radosnym śmiechem.
-Ależ… no co ty?! Jak mógłbym sobie cokolwiek… no rozumiesz, z tobą, wyobrażać?
Patrzyła na mnie. Byłem tak blisko. Tak niewiele brakowało, by objęła moją głowę ramionami. Czułem jej uścisk tak bardzo, że zachwiałem się na nogach.
-Andrzej?!
Trudno było wytrzymać napięcie tej gry. Niby wszystko na niby, a jednak, tak bardzo poważnie.
-Ja tylko sugeruję, że byłoby we dwójkę o wiele przyjemniej.
Boże, dlaczego tak się działo? Dlaczego jej nie dotknąłem, nie zrobiłem czegoś, czegokolwiek?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz