31. W staniku.
Czułem obok siebie prawdziwą kobietę. Kutas w moich spodniach prężył się niemiłosiernie, ani przez chwilę, nie dając mi spokoju. Nie wiem, czy to zauważyła. W tej chwili chyba bardziej była zajęta sobą i swoją walką z wysoką temperaturą.
-No dobra, Andrzej, OK, mogę to ściągnąć, tylko powiedz mi jedno: czy tutaj, o tej porze, ktoś może tak sobie… wejść?
Słysząc te słowa, poczułem ogromną satysfakcję. Zależało mi przecież tylko na jednym, jednak nie mogłem dać poznać po sobie, że jestem tak bardzo podniecony. Chciała zapewnienia i to był warunek, żeby się rozebrała, więc musiałem jej je dać.
-Spoko, o tej porze nikt tutaj się nie kręci. Wszyscy są w pracy. Ruch zacznie się dopiero po szesnastej.
Miała jeszcze jakieś wątpliwości.
-Tak mówisz? A administrator nie pojawia się?
-Daj spokój. Jaki administrator?! Tu jest taka babka koło trzydziestki. Ona przyjeżdża tylko wtedy, kiedy coś się dzieje, jak jest jakaś jest awaria, lub coś w tym rodzaju. Tak normalnie, to jej na oczy nawet nie zobaczysz.
-Aha, - mruknęła.
Wstała, rozejrzała się dookoła, a później powoli, jeden po drugim, rozpinała guziki swojej koszuli.
Przecież widziałem ją już wielokrotnie w staniku i, jakoś, nie robiło to na mnie, aż tak dużego, wrażenia, jak teraz. W tym momencie, moim ciałem szarpnął potężny, gwałtowny i niekontrolowany skurcz.
Najcudowniejszy był ten moment, kiedy jej koszula znajdowała się jeszcze na ramionach, ale była już całkowicie rozpięta. Ta przeciętna, zwykła, nie za wysoka dziewczyna, w jednej chwili, w moich oczach stała się muzą, Afrodytą, wynurzającą się z morskiej piany.
Nawet niewielkie rozstępy na jej brzuszku wydawały mi się niezwykle atrakcyjne i podniecające. Miałem niesamowitą ochotę właśnie TAM ją pocałować. Widziałem to w swojej głowie, widziałem, widziałem, jak to robię, czułem to bardzo wyraźnie. To wszystko było coraz bardziej oszałamiające.
Po chwili zdjęła ubranie ze swojego ciała i ułożyła je ostrożnie w zasięgu ręki.
-Tylko mów mi, jak ktoś będzie szedł, - odezwała się do mnie, drżącym nieco, głosem.
-OK, nie ma sprawy, - powiedziałem, - jak ktoś się zbliżał, to ci powiem. Zresztą i tak wiem, że będziesz miała wystarczającą ilość czasu, żeby coś na siebie wyrzucić. Ta budka jest na końcu świata. Zobacz tylko.
Uśmiechnęła się i, już nieco spokojniejsza, powiedziała:
-Tak, no tak, - widzę przecież.
To wszystko, co się działo, było jakieś takie magiczne. Siedzieliśmy obok siebie, w białym, rozgrzanym do czerwoności, kontenerze, rozebrani do połowy, jak kurczaki na rożnie, co chwilę zerkaliśmy na siebie, uśmiechając się ciepło i... nie wiem, kto był bardziej podniecony, ja czy ona? Atmosfera stawała się coraz cięższa, nie ze względu na wysoką temperaturę, bo to z wielkim trudem, ale jednak, zdołaliśmy jakoś zaakceptować. Chodziło o to, co działo się między nami.
W pewnym momencie, patrząc na dół jej brzucha powiedziałem:
-I to jest ten twój skarb, który tak chowasz przed światem?
Mój głos był podniecony, ale ciepły i pełen czułości. Odruchowo zakryła swój pępek obydwiema dłońmi naraz. Widząc to uśmiechnąłem się jeszcze szerzej.
-Nie bój się, nie ukradnę ci go. Czy mogę popatrzeć?
-Nie, - westchnęła. - No przecież już widziałeś. Nie dam. To jest moje i tylko moje, rozumiesz?! - broniła się, jak małe dziecko, które właśnie dostało jakąś fajną zabawkę.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz