9. Połowa wielkiego przyrodzenia.
Cicho mrucząc, posuwała się do przodu i w krótkim czasie połowa wielkiego przyrodzenia chowała się jej słodkiej buzi.
W sekundę później tak, jakby nieco opadła z sił, wyprostowała się, uwalniając jego lśniącą lancę w całości. Przez opuszczone powieki, jak niewidoma, zdawała się patrzeć gdzieś w jego brzuch. Jej twarz przybrała wyraz zadumy, skupienia, a może alienacji i wyobcowania.
Trwało to jednak tylko bardzo krótką chwilę. Już po sekundzie, jakby zbudzona z głębokiego snu, na powrót rzuciła się do przodu, pochłaniając w całości jego potężną maczugę.
Nie dawała sobie odpocząć. Zdawała się nie mieć dla siebie litości. Mimo iż kutas, prawdopodobnie, sięgał jej gardła, jeszcze mocniej szarpnęła się do przodu, wykonując przy tym półobroty raz w jedną raz w drugą stronę.
W mgnieniu oka, z odgłosem skrzywdzonego dziecka, cofnęła szyję, by pozwolić temu wielkiemu bananowi ukazać się na powierzchni. I znów tak jak poprzednio, trzymając sam łeb, poruszała głową na prawo i lewo. Tym razem zrobiła to nieco wolniej, a ślina, która obficie gromadziła się w jej buzi, próbując znaleźć ujście na zewnątrz, wydawała mokre odgłosy.
Dziewczyna, starając się zapanować nad sytuacją, wyrzuciła z siebie jęk zniecierpliwienia. Z mocno zaciśniętymi wargami, tak, jakby nie chciała się rozstać z jego wielkim fiutem, szybko cofnęła głowę, pozwalając mu wyskoczyć, jak sprężynie, na zewnątrz.
Jeszcze przez króciutką chwilkę, z szeroko otwartymi ustami, trwała tak przed nim, jakby zastanawiając się, czy dać sobie już spokój, czy może też pochłonąć go jeszcze raz. Wyglądała jak śpiewaczka operowa, wykonująca bardzo wysublimowaną arię.
Tak, jak to było do przewidzenia, prawie w tym samym czasie, ze słodkim, szczenięcym odgłosem “hau” pochyliła się, a wielki korzeń, po raz kolejny, zniknął w jej dziewczęcym gardle. Kontynuując swój taniec, wykonała ruchy na boki i jeszcze raz cichutko westchnęła.
Nie zatrzymując się, już wracała do poprzedniej pozycji. Wysuwający się drąg wydawał się jeszcze grubszy. Jakby puchł pod wpływem jej pieszczot. Jakby walczyła, ni to z jego wielkością, ni z własnym podnieceniem. Jakby starała się usilnie nad czymś zapanować. Z całych sił zaciskała swoje drobne wargi na grubej żyle, oplatającej samą końcówkę jego grubego węża. Z jednej strony, wciągając powietrze, sprawiała, że chował się w jej ustach, z drugiej zaś, przeciwstawiając się podciśnieniu, wykonywała ruch w przeciwną stronę.
W następnej chwili, jakby wykonując pożegnalny pocałunek, cofnęła się, prostując głowę i pozwalając mu zawisnąć na wysokości swojej szyi. Zdążyła tylko zaczerpnąć powietrza i, jakby nie dając mu się rozmyślić, skłoniła się, ujmując go jeszcze raz.
Gdy tylko chwyciła żołądź, mocno zacisnęła wargi i, nie żałując śliny, posuwała się do przodu. Każdy ruch, każdy, najdrobniejszy gest wykonywała z głębokim przejęciem. Tak, jakby ten akt seksualny był małym dziełem sztuki, dopracowanym w każdym, najmniejszym szczególe.
Skręcając głowę w prawo i w lewo już się cofała. Rozchyliła swoje drobne usteczka szeroko i wyprostowała się, pozwalając wielkiej lianie penetrującej jej gardło, wydostać się na zewnątrz.
Jeszcze tylko przez drobny momencik trzymała samą końcówkę, sam wierzchołek, jakby mając nadzieję, że za sekundę z jej wnętrza popłynie obfity strumień gorącego, gęstego nasienia.
Kiedy nic takiego jednak się nie stało, niemalże płynnie, przeszła do kontrataku. Był to jednak atak przepełniony głęboką namiętnością i mnóstwem delikatności.
Cicho mrucząc, posuwała się do przodu i w krótkim czasie połowa wielkiego przyrodzenia chowała się jej słodkiej buzi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz