23. Musiał wedrzeć się w jej przełyk.
Już w następnej sekundzie głęboko wciągnęła powietrze i popchnęła swoją twarz jeszcze mocniej w jego stronę. Wielka fujara na samym środku była jeszcze grubsza. Teraz usta młodej laski były otwarte na całą szerokość, a wielki drąg musiał wedrzeć się w jej przełyk.
Od tej chwili Nila była jak automat. Skupiona na celu, nie mogła sobie pozwolić nawet na odrobinę dezorientacji.
Odsunęła się i po chwili wykonała jeszcze jeden cios nogą w brzuch napastnika. Ten stracił równowagę i zaczął przewracać się na plecy, a raczej na złotą, błyszczącą muszlę, którą miał na karku.
Z głośnym klapnięciem opadł na pośladki. Wyglądał śmiesznie. Był karykaturą człowieka. Wyglądało na to, że zajął jeden ze skafandrów przeznaczonych do spacerów kosmicznych.
Próbował się podnieść, leczo oto zaczęło dziać się z nim coś dziwnego. Wydawało się, że uchodzi z niego powietrze. Zmarszczył się i oklapł. Głośny syk także wskazywał na to, że jest tylko pustym balonem wypełnionym gazem.
Jego czułki opadły do dołu, a skafander powoli wypełniał się gęstą, wodnistą substancją. Był niczym tonący okręt. Z głośnym bulgotaniem nabierał wody. Chociaż była to galaretowata ciecz przypominająca kisiel.
Tonął we własnych wydzielinach. Maź szybko zbliżała się do górnej krawędzi kostiumu. Wydawało się, że jeszcze sekunda i utopi się w niej. Jego dziwna, ślimacza głowa malała, kurczyła się i zapadała do środka.
Po chwili widać już było tylko jego czułki, ale i one znikły pod błyszczącą tonią. Czyżby to już był koniec potwora? Zdawało się, że tak.
W tej chwili w pomieszczeniu znajdował się już tylko skafander kosmiczny wypełniony różową galaretą. Czy mogła odetchnąć z ulgą? Substancja trzęsła się i bulgotała, jednak nie działo się już nic poza tym.
Dziewczynie jakby nic się nie stało, jakby ten cały prąd, ta cała energia, którą w nią posłał, nie odbiła się w żaden sposób na jej zdrowiu ani samopoczuciu. Bardziej zaciekawiona, niż wystraszona, ostrożnie podeszła do czegoś, co przed chwilą miało zostawić w niej swoje plemniki.
Czyżby pokonanie tego obcego było tak dziecinnie proste? Stała i patrzyła uważnie. Zastanawiała się. Kolejne dwa kroki zrobiła już bardziej swobodnie i śmiało. Widziała przecież, że przybysz jest martwy. Patrzyła na niego wzrokiem naukowca, gotowego zbadać to, co przed nią się znajdowało.
***
Tymczasem Rica ciągnęła długą, grubą pałę zmutowanego drugiego pilota. Stał przed nią, opierając ręce na biodrach. Nie musiał dotykać jej dłońmi. Obejmowały ją i przyciągały do siebie jego długie, giętkie macki.
Dziewczyna była bardzo zapracowana. Miała zamknięte oczy, a po jej brodzie płynęły strużki śliny.
W pewnym momencie, z głośnym, miękkim westchnieniem wypuściła wielką żołądź, która zdawała się, swymi rozmiarami, przerastać jej możliwości. Wielki kutas celował w jej usta niczym lufa armaty, ustawiona i gotowa do strzału.
Rica, która całkowicie zatraciła się w tym swoim zajęciu, trzymała swoje delikatne, aksamitne wargi, dotykając samego wierzchołka owego, przerośniętego kapelusza.
Dosłownie w ułamku sekundy później odchyliła głowę i, niczym japoński samuraj, popełniający harakiri, nadziała się na ten miecz. Nie otworzyła przy tym szeroko swojej buzi, przez co spotkanie z maczugą było bardziej efektowne i wyglądało tak, jakby ta chciała rozerwać jej słodką jamkę. Rozległo się mokre klaśnięcie i wielki fiut wdarł się przebojem między jej zęby. Po chwili siedział już w niej do połowy.
Już w następnej sekundzie głęboko wciągnęła powietrze i popchnęła swoją twarz jeszcze mocniej w jego stronę. Wielka fujara na samym środku była jeszcze grubsza. Teraz usta młodej laski były otwarte na całą szerokość, a wielki drąg musiał wedrzeć się w jej przełyk. Trudno było uwierzyć, że dokonała tego z własnej, nieprzymuszonej woli. Wyglądało to tak, jakby od tego zależało jej życie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz