1. Gospodarz pali w piecu.
Tego lata wybraliśmy się na tak zwane bezkrwawe łowy. Uzbrojeni w lornetki i aparaty fotograficzne objuczeni plecakami wędrowaliśmy, podziwiając piękno polskiej przyrody. Co jak co ale okolica była nadzwyczaj urocza. Zdaje się, że to była dolina jakiejś niewielkiej rzeczki, czy strumyka jak kto woli. Tak czy siak, wokół było pełno mokradeł i rozlewisk obfitujących w dzikie ptactwo i inną zwierzynę. Prawdziwy raj dla młodych amatorów ornitologii, którzy pragnęli zobaczyć jak najwięcej.
Pokonaliśmy kilkadziesiąt kilometrów, przedzierając się przez wyjątkowo podmokły i niegościnny teren. Staraliśmy się wypatrzeć głuszce, które w tej okolicy podobno były, ale my jakoś nie mogliśmy na nie trafić. Wiadomo, że głuszec to ptak bardzo trudny do obserwacji. Chociaż może i nasze umiejętności w tym zakresie nie były zbyt duże. No ale cóż, pod wieczór byliśmy już bardzo zmęczeni i trzeba było gdzieś rozbić obóz. Pozostawało tylko pytanie gdzie.
Co prawda mieliśmy ze sobą namioty, ale było jednak małe "ale". Od miejscowych dowiedzieliśmy się, że w tej okolicy widziano pojedyncze wilki. Pojedyncze czy nie pojedyncze, jaka to różnica. Biwakowanie w środku lasu i to tylko pod kawałkiem płachty, gdy w pobliżu może się czaić groźny drapieżnik, raczej nie wchodziło w rachubę.
Szliśmy więc dalej, starając się dotrzeć do jakiejś wsi czy zabudowań i tam poprosić o nocleg. Cztery solidne ściany to jednak jakieś zabezpieczenie przed tym, co może czaić się w ciemnościach obcego środowiska.
Trudno powiedzieć, czy był to pech, ale nic takiego nie pojawiało się w zasięgu wzroku. Jak okiem sięgnąć las i las. Gdzieniegdzie jakaś marna polana. Byliśmy już bardzo sfrustrowani i przygnębieni, bo wszystko wskazywało na to, że jednak trzeba będzie rozbić te namioty i zaryzykować nocleg w środku dzikiej głuszy.
W końcu, gdy już zaczynało się ściemniać, coś dostrzegliśmy. To był dym snujący się z komina. Zapach palonego drewna napawał nas nadzieją. Naładowani nową energią przyspieszyliśmy kroku. Mieliśmy nadzieję na jakiś ustronny zajazd albo motel z czystą pościelą i miękkimi łóżkami.
Niestety czekało nas spore rozczarowanie. Gdy weszliśmy na żwirową pokrytą kurzem drogę, przywitała nas tylko zardzewiała przekrzywiona tablica z napisem: Mańki Stare.
-O jak romantycznie, - westchnęła Kasia, ale nie byłem pewien, czy to była oznaka radości, czy raczej zawodu.
-No, niesamowicie, - dodała Agnieszka.
Przed nami znajdowały się trzy domy kryte eternitem chyba jeszcze z lat sześćdziesiątych i kilka rozlatujących się stodół. Były małe szanse, że uda się nam tu zanocować.
-Iście sielski widok, - mruknąłem do siebie, starając się ocenić to, co mamy w zasięgu wzroku.
Wioletta tylko pokręciła głową, a później odwróciła się w moją stronę i odezwała się z rozczarowaniem:
-Poważnie? Tak myślisz? Toż tu diabeł mówi dobranoc.
-Taaa… wrony zawracają, a psy szczekają dupami, - dodała żartobliwie Agnieszka.
Dziewczyny najwyraźniej nie miały ochoty się tu zatrzymywać. Szliśmy dalej i im bliżej znajdowaliśmy się zabudowań, tym widok wydawał się coraz bardziej opłakany.
-Nie wydaje mi się, by było aż tak źle, - próbowałem bronić swojego stanowiska, - powiedziałbym, że może być nawet przyjemnie. Popatrzcie tylko na tamten domek po prawej. Widzicie, z komina leci dym. Gospodarz pali w piecu.
-Taaa i piecze na ogniu takich matołów jak my…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz