4. Zabawa dobiegała do końca.
-Hanka! - zawołał w stronę chałupy, ale odpowiedziała mu cisza. - Cholerna baba. Gdzie ona się podziewa. Hanka! No chodźże tu kobieto!
Po jakimś czasie w niskich drzwiach pojawiła się kobieta na oko około pięćdziesiątki.
-No co jest? Co tak japę drzesz po ciemnicy? Nie wiesz, że o tej porze dziennik oglądam? - odpowiedziała ochrypłym nieprzyjemnym głosem.
-Gości mamy. Jedzenie zrób, ale szybko. Głodni są. I przynieś ze dwie butelki z piwnicy.
Kiedy gospodyni na powrót schowała się za drzwiami, dodał:
-Napijecie się bimberku?
Na te słowa Romanowi od razu zapaliły się ogniki w oczach.
-Hmmm… takie buty, - mruknął, oblizując usta, a ja już wiedziałem, że ten gość spije się do nieprzytomności, - No nie odmówimy, nie odmówimy.
Gospodarz, spojrzawszy na niego i widocznie dostrzegłszy bratnią duszę, dodał:
-A wie pan to świetny napitek. Leczy wszystko. Rozgrzewa i ciało i duszę. Daje energię na cały dzień. I wie pan co, nie chwaląc się, - poklepał go po ramieniu, - robię najlepszą w okolicy śliwowicę. Tylko nie gadajcie o tym w gminie, bo mi dzielnicowy zaraz nalot zrobi i sprzęt zarekwiruje.
Z rozpaleniem ogniska nie było najmniejszego problemu. Pod ścianą starej szopy znajdował się spory stos porąbanego na szczapy suchego drewna. Poza tym w pobliżu walało się też mnóstwo cieńszych gałęzi i sosnowego igliwia, które świetnie nadawało się na tego typu imprezę.
Nie czekając na dalsze zaproszenia, zabraliśmy się do pracy i już po chwili gorące iskry wysoko strzelały w górę, zapowiadając świetny wieczór. W momencie, kiedy gospodyni na dużej metalowej tacy przyniosła kiełbaski, humor wszystkim się poprawił. Trzeba przyznać, że byliśmy nie tylko zmęczeni, ale przede wszystkim bardzo głodni.
Ostatni nasz posiłek stanowił suchy prowiant gdzieś koło południa na dużej polanie w środku lasu i herbata z termosu. W tym wypadku pieczona na ogniu wędlina oraz duża butla śliwowicy otwarta przez gospodarza była dla nas szczytem szczęścia.
Chociaż nie jestem jakimś wielkim znawcą trunków tego typu, przyznam szczerze, że miałem ochotę rozgrzać gardło czymś mocniejszym. Koledzy także zacierali ręce, bo gospodarz nie wyglądał na takiego, co wylewa za kołnierz. Chociaż z tego, co zdążyłem zauważyć, koleżankom także oczy się zaświeciły. Trzeba przyznać, że wszystkim należała się odrobina wytchnienia i relaksu.
Po godzinie duża butla bimbru była już pusta i leżała w suchej trawie dwa metry od ogniska a Roman właśnie otwierał drugą. Oczywiście kiełbaski znajdowały się w naszych żołądkach, a gospodyni niosła karkówkę. Mimo początkowych trudności chłopakom udało się jakoś ułożyć ten sklepowy, rozwalający się wózek w żarze ogniska, w taki sposób, że utworzył coś w rodzaju prymitywnego grilla. No ale jakie miało to znaczenie, skoro spełniał swoje zadanie. Przecież chodziło tylko o to, żeby coś na nim upiec, i żeby zabawa mogła jeszcze trochę potrwać.
Było po północy, ognisko powoli dogasało i zapanowała jakaś dziwna, nienaturalna cisza. Mimo że wciąż było bardzo ciepło, zerwał się dość silny nieprzyjemny wiatr. Od lasu dobiegały niepokojące odgłosy pohukiwania sowy i wycia psa lub wilka. Któż to mógł wiedzieć. Nikomu nie chciało się już gadać. Zdawało się, że wszystko, co miało być powiedziane, zostało już powiedziane. Być może było to tylko zasługą dużej ilości wypitego alkoholu. Tak czy siak, zabawa dobiegała do końca. Gospodarz, któryś raz z kolei wołany przez żonę, chwiejnym krokiem poszedł do domu, a Roman leżał spity w trawie i spał głośno pochrapując.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz