Szukaj na tym blogu

12 sierpnia 2023

Wilk

2. Wprawdzie to nie Warszawa


-Wiolka, chyba przesadzasz. Na pewno poda nam gorącą herbatę i coś do zjedzenia. Przecież tacy ludzie są gościnni. 

-Aha, już to widzę. Najpierw pewnie poszczuje nas  psami, a dopiero później spyta, skąd idziemy, - Wioletta coraz mocniej broniła swojego stanowiska. 

-Oj dziewczyny, no co wy… Widzę, że prawdziwe z was mieszczuchy. Przecież tu jest nawet fajnie. Zawsze chciałyście zatrzymać się gdzieś na wsi. 

-Na wsi, a nie na końcu świata. No nie wiem, czy czasem te wilki w lesie nie byłyby lepsze, - oponowała ironicznie Kasia. 

-Jak chcesz, to możesz iść do lasu, - rzucił Grzesiek. 

-Nie bądź taki mądry, cwaniaku. Sam pochodzisz z takiej dziury więc ci wszystko jedno. 

-Jak ci nie pasuje, to nikt cię nie będzie zatrzymywał. I nie obrażaj mojej miejscowości. To duża, ładna wieś, - odciął się Grzesiek. 

Zanosiło się na poważną kłótnię, więc Roman postanowił interweniować. 

-No dobra nie mamy wyboru. Trzeba brać, co jest, - odezwał się stanowczo, - z resztą mam ochotę napić się zimnego piwa i zjeść jakąś dobrą karkówkę z grilla. 

-Hahaha… o czym ty mówisz?! Jaka karkówka. Jaki grill. A zimne piwo to możesz sobie kupić w sklepie w najbliższym mieście. Jak akurat będzie otwarty, - powiedziała ostro Wioletta. 

-Dziewczyny, uspokójcie się. Naprawdę mogłybyście wykazać trochę entuzjazmu. Przecież nie mamy innego wyboru. Zamiast się kłócić, spójrzcie na to z innej strony. To zagubiona wieś w środku lasu. Taka jak w książkach, - próbowałem stonować negatywne nastroje. 

-Powiedziałabym, że trudno nawet nazwać to wsią. To zaledwie kilka domów. No ale niech ci będzie. Tylko co z tego, - wtrąciła Kasia. 

-No tak, ale zobacz jak uroczo powtykane są między te krzaki. Czają się w nich jak krasnoludki. Ludzie żyją tu swoim rytmem, z dala od cywilizacji. Przecież to marzenie każdego obieżyświata. 

-No wiem, i pewnie nie za bardzo interesują się tym, co robią sąsiedzi. Jakby nie daj Boże, coś się stało, to reszta świata dowiedziałaby się o nas po tygodniu. Tu nawet nie ma zasięgu. Mogliby nas nawet zamordować i zakopać w tych uroczych krzakach. 

-Daj spokój z tym czarnowidztwem. Na pewno obcych traktują gościnnie i z przyjaźnią. 

-To się jeszcze okaże.

Kiedy dotarliśmy do zabudowań, było już prawie całkiem ciemno. Słychać było senne poszczekiwanie psów, które ożywiły się w momencie, kiedy weszliśmy między stare chałupy. Na pierwszy rzut oka zdawało się, że nikogo nie ma na zewnątrz, że trzeba będzie się dobijać do drzwi, ale okazało się, że nie było to konieczne. 

Przy małej żarówce zawieszonej na tyczce za pierwszym domem gospodarz rąbał drewno. To był zwalisty chłop o rumianej twarzy w kraciastej flanelowej koszuli, która śmierdziała potem, że aż nos wykręcało. Byliśmy przekonani, że od razu odprawi nas z kwitkiem.

-Noclegu szukacie? A co ja wam mogę zaproponować moi drodzy, - wzruszył ramionami, kiedy zadaliśmy standardowe pytanie, - sami widzicie, że biednie tu u nas. W chałupie mało miejsca. Ledwie ja z żoną się mieszczę. 

-No ale może jednak coś się znajdzie, - nalegałem, - nie trzeba dużo. Wystarczy nam jakiś kąt. Byleby nie na dworze. Wie pan, ciemno się zrobiło, a my zaszliśmy za daleko. 

Spojrzał na nas badawczo.

-No dobra, jak się nie pogniewacie, to możecie przenocować w stodole. O tam, widzicie, - wskazał palcem na rozpadający się budynek. - Wprawdzie to nie Warszawa, ale sucho przynajmniej. 





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...