2. Ochroniarz był jak śmieć.
Jednak byli też tacy całkowicie pojebani, dla których ochroniarz był jak śmieć. Taki potrafił ci jednym zdaniem spieprzyć cały dzień. Ich wymagania w stosunku do pracowników były niewspółmiernie wysokie w stosunku do tego, co zarabialiśmy, czasami niemożliwe wręcz do spełnienia. Najlepiej to jakbyś im buty przy wyjściu czyścił i jeszcze po nich całował. Były dni, że nie było wiadomo kto, kiedy i do czego się przypierdoli. Mogły to być kompletne bzdury, takie na przykład jak to, że komuś za późno otworzyłeś drzwi, albo ptak nasrał mu na nowego mercedesa, a ty tego w porę nie zauważyłeś i nie przepędziłeś bestii.
Dla takich zasrańców pracownik ochrony równał się praktycznie ze służącym. Oni nie widzieli różnicy. Trzeba było uważać, co się przy nich mówi, aby nie podpaść. Takie były realia.
Niepodważalnym plusem tego osiedla było to, że praca była pewna. W dobie kryzysu, kiedy inne wspólnoty rezygnowały z ochrony, ci ludzie byli w stanie zapłacić każde pieniądze, byleby tylko poczuć, że są kimś lepszym.
Biorąc pod uwagę wszystkie te okoliczności, muszę stwierdzić, że robota była stresująca i bardzo wymagająca, ale stawka godzinowa wyższa niż na innych osiedlach, więc się męczyłem, licząc na to, że jakoś wytrzymam. Oczywiście były chwile, że miałem dość i chciałem zmienić obiekt, ale mimo wszystko przez półtora roku tego nie zrobiłem.
Nawet wtedy, gdy wydawało się, że pozornie jest spokój, nie można było do końca odpuścić. Cały czas ktoś coś od ciebie mógł coś chcieć. Nachodził się człowiek jak mrówka. Odprężyć można się było dopiero późnym wieczorem, kiedy większość z tych celebrytów poszła w pizdu spać, ale wtedy to człowiek chciał się, chociaż odrobinę przespać.
Pracowników ochrony było po dwóch na każdej zamianie. W momencie, kiedy ten, który siedział za ladą, chciał pójść do łazienki albo zjeść śniadanie, podmieniał go ten drugi. Na portierni zawsze musiał ktoś fizycznie być. Oczywiście koleś, który był w "wolny", nie siedział bezczynnie. Co to, to nie. Gość robił obchody i pilnował parkujących samochodów.
Tuż za portiernią znajdowało się pomieszczenie ochrony. To było tak zwane pomieszczenie socjalne. Oczywiście z nazwy, bo nie było tam nic, co w jakikolwiek sposób ułatwiłoby nam życie. Nie było tam żadnych sprzętów poza tymi, które sami przynieśliśmy.
Kuchenka mikrofalowa czy grzejnik elektryczny to były nasze zdobycze. Tak, tak, tam nawet normalnego ogrzewania nie było. Pierwotnie miało być to jakieś pomieszczenie techniczne czy jakiś magazynek. Dopiero późnej ktoś zorientował się, że można by z tego zrobić kantorek dla ochrony.
Oprócz tego wpakowali tam centralę pożarową i wiele innych urządzeń, których zastosowania nawet nie znałem, a zajmowały od chuja miejsca i ciągle się o nie obijałem. No i trzeba zacząć od tego, że pomieszczenie to było totalnie zaniedbane, no ale to już nie wina osiedla, a samych pracowników.
Ludzie zmieniali się rękawiczki. Nikt się nie przywiązywał do tego miejsca. Jak tylko człowiek zobaczył, co to za robota przeważnie od razu spierdalał. Może też dlatego, że absolutnie nie można było tam wypić nawet. Wiem, że to niby oczywiste, ale tyle lat pracuję w ochronie i wiem też, że niektórym trudno to zaakceptować.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz