Szukaj na tym blogu

17 października 2023

Randka w ciemno

2. Zamieszkałem w hotelu robotniczym.


Skończyłem szkołę i podjąłem swoją pierwszą pracę. Zamieszkałem w hotelu robotniczym. Okazało się, że wybór lasek, które byłyby potencjalnie mną zainteresowane, bardzo zmalał. Po prostu ich nie było, a te, które były, miały mnie kompletnie w dupie. Inne już posiadały już swojego faceta, do którego zwracały swoje maślane oczka. 

Jakiś czas się wahałem, ale w końcu postanowiłem więc poszukać odpowiedniego towaru w świecie na zewnątrz. Trzeba pamiętać, że był to czas przed komputerowy, przed internetowy i przed komórkowy. Oczywiście były komputery, ale pracowały one w systemie DOS i można było pograć na nich co najwyżej w najprostsze gry. Internet dopiero raczkował. Nikt nie słyszał o czymś takim jak portale randkowe, czy społecznościowe. W latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku radziliśmy sobie w inny sposób. Sposobem na znalezienie towarzyszki życia były specjalne czasopisma. I nie chodzi mi o popularne wtedy "świerszczyki". Były to raczej czasopisma z typowymi ogłoszeniami randkowymi i towarzyskimi. Coś na wzór dzisiejszych serwisów randkowych tyle tylko, że w gazecie papierowej. No, tak kiedyś było.

Najpierw trzeba było sobie taką gazetę kupić. Robiło się to przeważnie w weekend, bo wtedy w tych ogłoszeń było najwięcej. Siadało się w zacisznym miejscu, wieczorem, przy lampce nocnej i kawie. Przeglądało się po kolei, brało w kółeczko to, co było interesujące. No a później... Później się brało Czystą kartkę długopis lub pióro i pisało się długie, romantyczne listy. 

Doskonale pamiętam te liczne godziny spędzone na pisaniu do dziewczyn z drugiego krańca Polski, a później listonosz się i dziwił, że przynosi do mnie worek korespondencji. Dziesiątki, setki listów w pachnących, różowych kopertach. Otrzymywane z różnych stron, z dużych miast, małych miasteczek i wsi. Od dziewczyn o różnym statusie społecznym, biednych, bogatych, bardzo ekstrawaganckich i skromnych. Sterta korespondencji rosła niemalże w trybie logarytmicznym. 

Muszę powiedzieć, że to było bardzo zajmujące. Kto wie, czy nie bardziej niż przeglądanie dzisiejszego Facebooka, czy Instagrama. No i było coś jeszcze. Nie wiem, czy dzisiaj to tak funkcjonuje, ale wtedy nie kończyło się to tylko i wyłącznie na pisaniu. Chociaż były i takie korespondencje. No ale przecież nie o to w tym wszystkim chodziło. 

Wtedy ci się jeździło. Zwiedziłem najróżniejsze okolice naszego pięknego kraju. Swoją drogą bardzo fajny sposób na tanią, wręcz darmową turystykę. Nie wiem, ilu młodych ludzi obecnie byłoby na tyle odważnych, by na coś takiego się zdobyć. 

Po wymianie kilku bądź kilkunastu listów (to zależało od tego, jak układała się znajomość) dochodziło do spotkania w cztery oczy. Mówię wam, to były przeżycia. Do dziś pamiętam tę ekscytację, kiedy wychodziłem z pociągu i pierwszy raz widziałem dziewczynę, z którą pisałem od dwóch, czy trzech miesięcy. Niby znaleźliśmy się już na tyle dobrze, że wiedzieliśmy o sobie już większość najważniejszych rzeczy, ale zawsze, niemal zawsze, kiedy stawaliśmy naprzeciw siebie, było to wielkie wow. Zawsze pozostawała pewna doza niepewności.

To o czym chcę teraz napisać, działo się w mieście średniej wielkości na południu Polski. Nie chcę wymieniać jego nazwy, bo to w tej chwili do niczego nikomu nie jest potrzebne, a nie chciałbym zdradzać swojej tożsamości. To było miasto bardzo odległe od mojej miejscowości i od razu bardzo mi się spodobało. Nie wiem, dlaczego człowiek zapamiętuje takie szczegóły, ale ja zapamiętałem. To było lato. Na drogę do wziąłem sobie czekoladę, która mi się kompletnie rozpuściła i musiałem ją wyrzucić. Poza tym byłem bardzo zdenerwowany, ale i szczęśliwy.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...