78. Patrzyłem i nie mogłem uwierzyć
Usłyszałem dźwięk gitary – dwóch gitar, elektrycznej i akustycznej, równy, miarowy, wyraźny i ostry, który przenikał scenę, docierał w każdy zakamarek, w każdą szczelinę powietrza, w każdą komórkę mojego ciała, wibrując w piersi, w brzuchu, w udach, jakby same struny chciały mnie dotknąć, jakby chciały przypomnieć, jak jej ciało drżało pod moimi palcami, jak jej oddech stawał się muzyką, gdy poruszałem się w niej powoli, głęboko, z namaszczeniem.
Na wielkich telebimach kamera pokazywała rękę muzyka – sprawną, pewną, palce sunące po strunach z taką precyzją, z taką czułością, że prawie czułem je na swojej skórze, prawie czułem, jak suną po jej brzuchu, po jej udach, po jej wszystkim, co pamiętałem tak dobrze, tak boleśnie, tak słodko.
Kiedy już do tego przywykłem, rozległa się wrzawa publiczności – radosny, niepohamowany, pierwotny wrzask fanów oczekujących na występ mojej Lili, wrzask, który był jednocześnie śmiechem, błaganiem, dziękczynieniem, wrzask, który sprawiał, że moje serce biło szybciej, że pot spływał po plecach, że podniecenie mieszało się z dumą, z miłością, z tęsknotą.
Następnie dołączyła perkusja – rytmiczna, głęboka, pulsująca, jakby samo serce ziemi biło w rytm jej kroków, w rytm jej bioder, w rytm naszych wspólnych uniesień.
Później instrumenty klawiszowe – miękkie, falujące, otulające, jakby chciały objąć cały tłum, całą scenę, całe niebo.
Rytm stopniowo się zmieniał, przybierał właściwy kształt – kształt jej głosu, jej ciała, jej miłości – kształt, który znałem na pamięć, który czułem w każdym centymetrze swojego ciała.
I wreszcie jej głos – miękki, słodki, syropowaty, głęboki, gardłowy, pełen miłości i grzechu – pierwsze słowa, które uderzyły mnie w serce mocnym, niebiańskim uderzeniem, które sprawiły, że oddech mi się zatrzymał, że pot spłynął po skroniach, że moje ciało drgnęło, jakby pamiętało jej westchnienia, jej jęki, jej imię na moich ustach.
To, co ujrzałem w tej jednej, jedynej, niepowtarzalnej chwili, gdy światła sceny rozbłysły pełnym, złotym, niemal namacalnym blaskiem, gdy tłum wstrzymał oddech, gdy powietrze gęstniało od zapachu potu, perfum, piwa i soli morskiej, gdy muzyka zawibrowała w każdej komórce mojego ciała, sprawiło, że oniemiałem z wrażenia, że słowa uwięzły mi w gardle niczym perły w muszli, że serce moje zatrzymało się na ułamek sekundy, by zaraz potem bić szybciej, mocniej, rozpaczliwie, jakby chciało wyskoczyć z piersi i paść do jej stóp.
Była cudowna – cudowna w sposób, który przekraczał wszelkie granice piękna, cudowna w sposób, który był jednocześnie niebiański i piekielny, cudowna w sposób, który sprawiał, że czułem się jednocześnie najszczęśliwszym i najbardziej bezradnym człowiekiem na ziemi.
Uosobienie seksu i niewinności jednocześnie – seksu tak subtelnego, tak wilgotnego, tak gorącego, niewinności tak czystej, tak dziecięcej, tak prowokacyjnej, że ból tęsknoty mieszał się z rozkoszą patrzenia, że podniecenie narastało powoli, leniwie, nieubłaganie, że każdy oddech był westchnieniem miłości.
Patrzyłem i nie mogłem uwierzyć, że to ona – moja Lilia, moja czerwona rybka, moja jedyna – choć widziałem ją już w równie uroczych, równie ekstrawaganckich, równie niebiańskich kreacjach, choć pamiętałem ją nagą, rozpaloną, drżącą pod moimi dłońmi, choć znałem każdy centymetr jej ciała, każdy zapach, każdy smak, każdy jęk.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz