79. Była zupełnie inna
Miała na sobie białą, lekko błyszczącą sukienkę w małe, czerwone rybki – sukienkę, która wyglądała jakby była wykonana z barwionej, cienkiej folii, z materiału, który odbijał światła sceny tysiącem drobnych iskier, sukienkę, która na jej zgrabnym, opalonym, doskonałym ciele wyglądała jak opakowanie najdroższego cukierka, jak prezent, który dopiero czeka na rozpakowanie.
Ściągnięta elastycznymi, wąskimi paskami wszytymi w ten dziwny, sztywny, ale jednocześnie miękko falujący materiał – tuż pod piersiami, w okolicach pępka, na pośladkach i w końcu tam, gdzie się kończyła, tuż pod jej zgrabną, jędrną, oszałamiającą pupą – wyglądała jak lekko napompowany balon, jak obłok, jak chmurka, która otulała jej ciało, podkreślając każdy krągłości, każdą linię, każdą doskonałość.
Zgrabne, jędrne uda Lilii nie były zakryte – były odkryte, lśniące od potu, od światła, od miłości, jeszcze bardziej obłędne, wręcz oszałamiające, tak piękne, że nie mogłem oderwać od nich oczu, że każdy ich ruch, każde drgnienie sprawiało, że moje serce biło szybciej, że moje ciało pamiętało ich ciepło na swojej skórze.
Na innej dziewczynie wyglądałaby kiczowato i śmiesznie, ale nie na niej, nie na Lili – na niej wyglądała po prostu olśniewająco, idealnie, niebiańsko, i od razu widać było, że chodzi o sceniczny image, o ten prowokacyjny, youthful Lolita look, o tę mieszankę niewinności i grzechu, o tę czerwoną rybkę, która dla mnie była symbolem seksu, miłości, rozkoszy, nieba i piekła w jednym.
Odkryte ramiona – delikatne, opalane słońcem, lśniące od potu, od światła, od miłości – na obojczykach wąziutkie, tasiemkowate ramiączka, które ledwie trzymały materiał, które sprawiały, że miałem ochotę wejść na scenę, paść na kolana, całować ją w te delikatne, odkryte ramiona, muskać ustami, czuć jej zapach – zapach potu, perfum, miłości, morza – czuć jej ciepło, jej drżenie, jej smak, smak soli na jej skórze, smak jej westchnień na moich wargach.
Białe kozaczki sięgające pod kolana – lakierowane, błyszczące, z lekkim obcasem – dopełniały tego niezwykłego widoku, sprawiając, że jej nogi wydawały się jeszcze dłuższe, jeszcze smuklejsze, jeszcze bardziej niebiańskie.
Stałem pod samą sceną – tak blisko, że musiałem unosić głowę, by na nią patrzeć, tak blisko, że czułem ciepło jej ciała, zapach jej potu, drżenie powietrza wokół niej.
Jej sukienka była tak krótka, że kiedy Lilia przechodziła obok krawędzi podestu, mogłem patrzeć pod spód – i zdawało mi się, że nie ma majtek, że wszystko jest odkryte, że wszystko jest dla mnie, ale chyba tylko złudzenie, chyba tylko gra światła i cieni, chyba tylko gumka na samym dole, która ściągała materiał do samych ud, tworząc ten balonowy, napompowany, niebiański efekt.
I patrzyłem.
I patrzyłem.
I patrzyłem.
Bo była moja.
I była całego świata.
I była tylko dla mnie.
Nie tylko sukienka była tak niezwykła, tak olśniewająca, tak niebiańsko grzeszna w swej błyszczącej, foliowej, czerwono-rybiej prowokacji, która otulała jej ciało niczym najdroższe opakowanie najsłodszego cukierka, który czeka na rozpakowanie – nie tylko sukienka, ale ona sama, moja Lilia, moja czerwona rybka, moja jedyna, była zupełnie inna, niby taka sama, niby ta sama dziewczyna, którą znałem na pamięć, którą całowałem w każdy centymetr skóry, którą smakowałem w każdej chwili naszego wspólnego szaleństwa, a jednak inna, przepełniona wszystkim, więcej życia, więcej energii, więcej tego nieuchwytnego, niebiańskiego ognia, który sprawiał, że jej oczy płonęły szczęściem tak czystym, tak intensywnym, tak nie do zniesienia, że widać było, czuć było, słyszeć było, iż wychodząc na scenę daje z siebie wszystko, sto procent, całą duszę, całe ciało, całe serce.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz