Szukaj na tym blogu

25 marca 2026

Czerwona rybka

81. Rozentuzjazmowany tłum


Wiedziałem, czułem każdym nerwem, każdym oddechem, każdym uderzeniem serca, że muszę się powstrzymać, że muszę wytrzymać do samego końca, bo to jej pierwszy występ na tak wielkiej scenie, bo to jej moment, jej triumf, jej niebo, ale byłem tak podniecony, tak bardzo, tak obłędnie spragniony jej ciała, jej dotyku, jej ciepła, jej wilgoci, jej westchnień, że nie mogłem ręczyć za siebie w tej chwili, że nie mogłem obiecać, iż nie ruszę się z miejsca, iż nie wskoczę na scenę, iż nie porwę jej w ramiona tu i teraz.

Może to dziwne, może to szaleństwo, może to tylko moja wyobraźnia rozpalona tęsknotą, ale stojąc tak blisko, tak boleśnie blisko, zdawało mi się – choć chyba nie czułem tego naprawdę, choć może tylko pragnąłem czuć – że dociera do mnie zapach jej perfum zmieszany z potem, ta charakterystyczna, niepowtarzalna, odurzająca mieszanina wanilii, soli morskiej, ciepłego ciała, wysiłku i miłości, która unosiła się wokół niej niczym mgła, niczym aura, niczym sama esencja jej istoty.

Kiedy podchodziła blisko krawędzi, kiedy miałem okazję patrzeć na jej rozpromienioną twarz, na rozwichrzone, czarne, mokre od potu włosy, na oczy pełne ognia, pełne życia, pełne triumfu, zdawało mi się, że jej usta są bardziej pełne, bardziej wyraziste, bardziej kuszące, jakby nabrzmiały od śpiewu, od wysiłku, od rozkoszy bycia na scenie.

Zdawało mi się, że jej głos jest głębszy, bardziej donośny, bardziej gardłowy, bardziej niebiański, jakby wibrował nie tylko w powietrzu, ale w mojej piersi, w moim brzuchu, w moich udach.

Utwór nabierał tempa – rytm przyspieszał, bas dudnił głębiej, gitary brzmiały ostrzej, perkusja biła mocniej – a jej głos zawibrował w powietrzu, wzmacniany przez sprzęt nagłaśniający, wypełniając całą przestrzeń, całe niebo, całe moje serce.

Wzbudzała emocje nie tylko we mnie – wzbudzała je w całym tłumie, w mężczyznach, w kobietach, we wszystkich, jej urok i wdzięk, jej youthful Lolita look, jej prowokacyjna niewinność, jej ruchy akrobatyczne, płynne, z baletem, jazzem i flamenco w jednym, wywoływały intensywne uczucie, falę miłości, falę pożądania, falę euforii.

Rozentuzjazmowany tłum napierał na barierki – ciała stłoczone, ciepłe, wilgotne, pachnące potem i piwem – o mało ich nie przewracając, o mało nie runął lawiną pod scenę.

Jedynie czujna ochrona, odsuwała wszystkich, zapobiegła katastrofie, ale energia tłumu była niemal namacalna, niemal fizyczna, niemal moja.

Ludzie wokół mnie śpiewali razem z nią – głosy mieszały się, podnosiły, niosły melodię na całą okolicę, na całe wybrzeże, na całe morze.

Wiedziałem, czułem każdym nerwem, że po koncercie, kiedy wrócimy do mnie, do mojego domku, znów czeka nas długi maraton seksualny – długi, niekończący się, niebiański maraton, w którym dam upust mojemu pożądaniu, moim pragnieniom, mojej miłości, w którym wezmę ją całą, w którym oddam jej wszystko.

Kiedy podeszła bardzo blisko krawędzi sceny i stanęła w dość sporym rozkroku – nogi szeroko, uda napięte, ciało wygięte lekko do tyłu – machając nad głową dłońmi, spojrzałem między jej uda, dokładnie pod sukienkę, i dostrzegłem, owszem, majtki, ale w kolorze cielistym, tak idealnie dopasowanym, że dawało to obłędne złudzenie nagości, złudzenie, które było jednocześnie torturą i nagrodą, złudzenie, o które chyba chodziło, bo ona już taka była – niewinny, skromny erotyzm był częścią jej występów, częścią jej magii, częścią jej władzy.

Męska część widowni właśnie za to ją kochała – za to złudzenie, za tę prowokację, za tę niewinność, która była grzechem.

Nie powiem, wzbudzało to moją zazdrość – lekką, słodką, bolesną zazdrość – ale też i jeszcze większe pożądanie, jeszcze głębszą miłość, jeszcze silniejszą potrzebę posiadania jej całej.

Stojąc w rozkroku, przechylała całe ciało na prawo i lewo – kołysząc się łagodnie, płynnie, z baletem i flamenco w jednym – a ja, jak zahipnotyzowany, patrzyłem między jej uda, patrzyłem na ten błysk skóry, na ten cień, na to złudzenie, na wszystko, co było jej.

Przymocowany do głowy mikrofon dawał jej pełnię ruchów – ręce wolne, ciało wolne, głos wolny.

Kiedy ruszyła z prawej na lewą stronę sceny, uniosła ramiona do góry i krzyknęła do publiczności – głosem pełnym energii, pełnym miłości, pełnym triumfu:

– Wszyscy razem! Bardzo proszę! Super!

I tłum odpowiedział – wrzaskiem, śmiechem, miłością.

I patrzyłem na nią.

I patrzyłem.

I patrzyłem.

Bo była moja.

I była całego świata.

I była tylko dla mnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...