Szukaj na tym blogu

9 marca 2026

Czerwona rybka

65. Jej język tańczył


Leżałem obok niej, dysząc ciężko, ciało wciąż drżące od ostatniej fali, skóra lśniąca od potu, powietrze gęste od naszego zapachu – soli, miłości, grzechu i nieba w jednym.

Przysunąłem się bliżej, powoli, z namaszczeniem, jakby każdy centymetr dzielący nas był świętokradztwem.

Moja dłoń znalazła jej policzek – gorący, wilgotny, pachnący nią – i delikatnie odwróciłem jej twarz ku sobie.

Spojrzałem w jej oczy – czarne, bezdenne, jeszcze nie zamglone od rozkoszy – i nie powiedziałem nic.

Nie musiałem.

Pochyliłem się.

Usta moje, opuchnięte, gorące, drżące, dotknęły jej ust – miękkich, wilgotnych, pachnących mną i nią, słonych od łez i potu.

To nie był zwykły pocałunek.

To był pocałunek po maratonie miłości – długim, wyczerpującym, niekończącym się.

Najpierw delikatnie, niemal nieśmiało – wargi muskające wargi, oddech w oddech, ciepło w ciepło.

Potem głębiej – język wsunął się w jej usta powoli, leniwie, smakując każdy zakamarek, każdą kroplę nas, która jeszcze została.

Smak potu, miłości, rozkoszy.

Jej język odpowiedział – słabo, ale z taką miłością, że prawie płakałem.

Westchnęła w moje usta – głęboko, gardłowo, cicho – a jej dłoń znalazła mój kark, przyciągnęła bliżej, mocniej, jakby bała się, że zniknę.

Całowaliśmy się długo.

Bardzo długo.

Bez pośpiechu.

Bez końca.

Jej wargi drżały na moich.

Moje ręce w jej włosach – mokrych, splątanych, pachnących nami.

Jej oddech – gorący, urywany – mieszał się z moim.

Jej język tańczył z moim – powoli, czule, jakby chciał zatrzymać czas.

I trwało to.

I trwało.

I trwało.

Aż w końcu odsunąłem się – zaledwie o centymetr – i spojrzałem jej w oczy.

– Kocham cię – wyszeptałem, głosem, który już nie był moim głosem.

– Tak bardzo, że aż boli.

I pocałowałem ją znowu – w kącik ust, w policzek, w zamknięte powieki, w czoło, w szyję, w miejsce, gdzie biło jej serce.

Jakbym chciał pocałować całą ją.

Jakby chciałem ją zatrzymać na zawsze.

I leżeliśmy tak – w słońcu, w ciszy, w zapachu nas,

całując się powoli, czule, bez końca.

Bo to nie był zwykły pocałunek.

To był pocałunek po miłości.

Pocałunek, który mówił wszystko.

I który trwał.

I trwał.

I trwał.

Na zawsze.

Leżałem nad nią, wciąż dysząc, wciąż drżący, wciąż nie mogąc uwierzyć, że to wszystko jest prawdziwe.

Jej oczy – półprzymknięte, błyszczące, pełne tej słodkiej, leniwej rozkoszy – patrzyły na mnie z dołu, jakby chciały powiedzieć „nie kończ, nigdy nie kończ”.

Pochyliłem się powoli, bardzo powoli, jakby każdy centymetr dzielący nas był świętokradztwem, którego nie wolno pokonać zbyt szybko.

Moje wargi – opuchnięte, gorące, pachnące nią – oderwały się od jej ust z cichym, mokrym westchnieniem, z tym dźwiękiem, który był jednocześnie rozstaniem i obietnicą powrotu.

Przesunąłem je niżej – na jej podbródek, na linię żuchwy, na delikatną skórę pod uchem, gdzie czułem jej puls bijący szybko, gorąco, jakby samo serce chciało wyjść na spotkanie moich ust.

– Kuba… – westchnęła cicho, gardłowo, głosem, który był już tylko drżeniem.

– Ciii… – szepnąłem w jej skórę, muskając wargami miejsce, gdzie szyja łączy się z ramieniem. – Jeszcze… jeszcze chwilę…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...