65. Jej język tańczył
Leżałem obok niej, dysząc ciężko, ciało wciąż drżące od ostatniej fali, skóra lśniąca od potu, powietrze gęste od naszego zapachu – soli, miłości, grzechu i nieba w jednym.
Przysunąłem się bliżej, powoli, z namaszczeniem, jakby każdy centymetr dzielący nas był świętokradztwem.
Moja dłoń znalazła jej policzek – gorący, wilgotny, pachnący nią – i delikatnie odwróciłem jej twarz ku sobie.
Spojrzałem w jej oczy – czarne, bezdenne, jeszcze nie zamglone od rozkoszy – i nie powiedziałem nic.
Nie musiałem.
Pochyliłem się.
Usta moje, opuchnięte, gorące, drżące, dotknęły jej ust – miękkich, wilgotnych, pachnących mną i nią, słonych od łez i potu.
To nie był zwykły pocałunek.
To był pocałunek po maratonie miłości – długim, wyczerpującym, niekończącym się.
Najpierw delikatnie, niemal nieśmiało – wargi muskające wargi, oddech w oddech, ciepło w ciepło.
Potem głębiej – język wsunął się w jej usta powoli, leniwie, smakując każdy zakamarek, każdą kroplę nas, która jeszcze została.
Smak potu, miłości, rozkoszy.
Jej język odpowiedział – słabo, ale z taką miłością, że prawie płakałem.
Westchnęła w moje usta – głęboko, gardłowo, cicho – a jej dłoń znalazła mój kark, przyciągnęła bliżej, mocniej, jakby bała się, że zniknę.
Całowaliśmy się długo.
Bardzo długo.
Bez pośpiechu.
Bez końca.
Jej wargi drżały na moich.
Moje ręce w jej włosach – mokrych, splątanych, pachnących nami.
Jej oddech – gorący, urywany – mieszał się z moim.
Jej język tańczył z moim – powoli, czule, jakby chciał zatrzymać czas.
I trwało to.
I trwało.
I trwało.
Aż w końcu odsunąłem się – zaledwie o centymetr – i spojrzałem jej w oczy.
– Kocham cię – wyszeptałem, głosem, który już nie był moim głosem.
– Tak bardzo, że aż boli.
I pocałowałem ją znowu – w kącik ust, w policzek, w zamknięte powieki, w czoło, w szyję, w miejsce, gdzie biło jej serce.
Jakbym chciał pocałować całą ją.
Jakby chciałem ją zatrzymać na zawsze.
I leżeliśmy tak – w słońcu, w ciszy, w zapachu nas,
całując się powoli, czule, bez końca.
Bo to nie był zwykły pocałunek.
To był pocałunek po miłości.
Pocałunek, który mówił wszystko.
I który trwał.
I trwał.
I trwał.
Na zawsze.
Leżałem nad nią, wciąż dysząc, wciąż drżący, wciąż nie mogąc uwierzyć, że to wszystko jest prawdziwe.
Jej oczy – półprzymknięte, błyszczące, pełne tej słodkiej, leniwej rozkoszy – patrzyły na mnie z dołu, jakby chciały powiedzieć „nie kończ, nigdy nie kończ”.
Pochyliłem się powoli, bardzo powoli, jakby każdy centymetr dzielący nas był świętokradztwem, którego nie wolno pokonać zbyt szybko.
Moje wargi – opuchnięte, gorące, pachnące nią – oderwały się od jej ust z cichym, mokrym westchnieniem, z tym dźwiękiem, który był jednocześnie rozstaniem i obietnicą powrotu.
Przesunąłem je niżej – na jej podbródek, na linię żuchwy, na delikatną skórę pod uchem, gdzie czułem jej puls bijący szybko, gorąco, jakby samo serce chciało wyjść na spotkanie moich ust.
– Kuba… – westchnęła cicho, gardłowo, głosem, który był już tylko drżeniem.
– Ciii… – szepnąłem w jej skórę, muskając wargami miejsce, gdzie szyja łączy się z ramieniem. – Jeszcze… jeszcze chwilę…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz