59. W jej ciasną pizdeczkę
Kiedy po raz kolejny, w tej niekończącej się, niepohamowanej, niebiańsko-piekielnej symfonii naszych ciał, mój twardy, żylasty, rozpalony do białości kutas wysunął się z jej gorącego, wilgotnego, ciasnego, pulsującego wnętrza – z głośnym, mokrym, nieprzyzwoicie pięknym mlaśnięciem, które rozbrzmiało w izbie niczym westchnienie samego domu, jakby sam dom żałował tej chwili rozłąki – znów zmieniła pozycję, moja Lilia, moja bogini, moja nieokiełznana syrenka, moja jedyna, zmieniła pozycję z taką gracją, z taką pewnością, z taką władzą nad moim pożądaniem, że prawie krzyknąłem z podziwu.
Opadła obok mnie na łóżko – miękko, leniwie, prowokująco – a mój wielki, spragniony, ciężki, napięty do granic możliwości ptak opadł grubym, gorącym, pulsującym kawałkiem ciężkiego mięsiwa tuż obok jej pośladków, tych najokrąglejszych, najjędrzejszych, najcudowniejszych pośladków świata, które lśniły od potu, od soków miłości, od słońca wpadającego przez okno.
W tym momencie jeszcze nie wiedziałem, w jaki sposób będę ją brał, w jaki sposób będę ją posiadał, w jaki sposób będę ją kochał – nie było to aż takie ważne, bo pragnąłem jej całym sobą, każdą komórką mojego ciała, każdą kroplą krwi, każdym oddechem, każdym uderzeniem serca, moim twardym chujem, który był już tylko narzędziem jej rozkoszy, moim językiem, który chciał ją smakować, moimi dłońmi, które chciały ją dotykać, moimi oczami, które chciały ją pożerać.
Mój wielki zaganiacz pragnął jej gorącego, wilgotnego, ciasnego wnętrza i każda sekunda poza nim była dla niego katorgą, była torturą tak słodką, że prawie nie do zniesienia, była błaganiem o litość i jednocześnie o więcej.
Działaliśmy wspólnie, bez zbędnego porozumiewania się, bez słów, które były już niepotrzebne, bo rozumieliśmy się bez słów – tylko westchnienia, tylko spojrzenia, tylko dotyk, tylko oddechy, tylko bicie dwóch serc w jednym rytmie.
Odruchowo przybrałem pozycję, jakbym miał posiąść ją od tyłu – klęknąłem za nią, ręce na jej biodrach, oczy na jej plecach, na jej pośladkach, na jej wszystkim.
Nie wiedziałem dlaczego, nie myślałem, nie analizowałem – czułem, czułem całym sobą, że tak powinienem, że tak musimy, że tak będzie najgłębiej, najintymniej, najniebiańskiej.
Patrzyłem na jej krągły, piękny tyłeczek – te najdoskonalsze, najokrąglejsze, najjędrzejsze pośladki, które lśniły od potu, od soków miłości, od słońca – na jej delikatną, kruchą sylwetkę, która była jednocześnie tak silna, tak władcza, tak nieokiełznana, i czułem się najszczęśliwszym facetem na ziemi, najszczęśliwszym, najbardziej błogosławionym, najbardziej kochanym.
Była moja – cała moja, całkowicie moja, bez reszty moja – i mogłem jej dotykać, pieścić ją, całować, kochać się w najróżniejszych pozycjach, mogłem realizować swoje fantazje, swoje najgłębsze, najbardziej grzeszne fantazje, i nie mieć z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia, żadnych wątpliwości, żadnego wstydu.
Kiedy położyła się na brzuchu, szeroko rozsuwając uda – tak szeroko, tak bezwstydnie, tak niebiańsko szeroko – już podejrzewałem, czułem, wiedziałem całym sobą, że to będzie to, co czułem, że to będzie najgłębsza, najbardziej intymna, najbardziej niepowtarzalna runda.
Patrzyłem na jej połyskującą sokami miłości brzoskwinię, na tę wąską, mokrą, ociekającą, pulsującą szparkę, która była jednocześnie najświętszym ołtarzem i najgorętszym piekłem, i wiedziałem, czułem, że kolejna runda będzie jeszcze lepsza niż wszystkie poprzednie, jeszcze głębsza, jeszcze bardziej rozkoszna, jeszcze bardziej nasza.
Ale prawie w tej samej chwili zaczęła się unosić – najpierw pośladki, te najcudowniejsze, najokrąglejsze pośladki, tak, aby nie było żadnych wątpliwości, potem z namaszczeniem, z prowokacją, z miłością reszta ciała.
Opadłem nad jej plecami, podpierając się na ramionach obok jej zgrabnego, rozpalonego ciała.
Czułem mrowienie w kroczu, czułem, że muszę to zrobić szybko, że muszę włożyć mojego twardego, żylastego, pulsującego jebakę w jej ciasną, gorącą, wilgotną pizdeczkę jak najszybciej, jak najbardziej intensywnie, jak najbardziej całkowicie.
Przez kilka sekund poprawiała się – mrucząc cicho, gardłowo, z niecierpliwością, która była jednocześnie błaganiem i rozkazem – a ja już chwytałem mojego twardego, spragnionego, gotowego wybuchnąć fiuta w garść i szykowałem się do zapanowania nad jej kobiecością, nad jej całym jestestwem, nad jej miłością.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz