67. Chcę cię w środku
Przesuwałem wargi niżej – na pępek, w pępek, wokół pępka – język wsunąłem w sam środek głęboko, powoli, obracałem nim, muskałem, smakowałem.
– Och nie… – westchnęła, wyginając się jeszcze wyżej. – Och tak… tak… Boże, tak mi rób…
Jesteś cudowny…
Kuba, chcę cię…
Tak bardzo chcę cię jeszcze raz…
Chcę cię w środku… we mnie…
Całego…
Boże, Kuba, pieść mnie… bierz mnie całą…
Och, jestem twoja…
Jej ręce wplotły się w moje włosy, ciągnęły, błagały, rozkazywały.
Jej biodra uniosły się lekko, szukając mnie, błagając o więcej.
– Och, Lilia… Lilia… – wyszeptałem w jej brzuch, w jej skórę, w jej wszystko. – Jesteś taka piękna…
Tak bardzo mnie podniecasz…
Tak bardzo cię pragnę…
Och, popatrz… znów jestem gotowy… dla ciebie…
Popatrz co ze mną robisz…
Popatrz na niego… zobacz, jaki jest gruby i twardy…
Nigdy z żadną kobietą tak się nie czułem…
Kim jesteś, Lilia?
Kim jesteś?
I pieściłem ją dalej – wargami, językiem, dłońmi – powoli, z namaszczeniem, z miłością tak wielką, że prawie bolało.
Bo to nie był dotyk.
To była modlitwa.
I ona była moim niebem.
Na zawsze.
Przesunąłem się jeszcze niżej, powoli, bardzo powoli, z taką czcią, z taką miłością, z taką niepohamowaną, niebiańską adoracją, jakby jej ciało było najświętszym ołtarzem, na którym miałem złożyć najdroższą ofiarę mojego pożądania, mojej miłości, mojej całej duszy.
Moje wargi – opuchnięte, gorące, wilgotne od naszych wcześniejszych pocałunków – oderwały się od jej pępka z cichym, mokrym westchnieniem i zaczęły schodzić niżej, niżej, niżej, na jej podbrzusze, na tę najdelikatniejszą, najwrażliwszą równinę, która pachniała potem, miłością, morzem i nią – wyłącznie nią, jej esencją, jej grzechem, jej niebem.
Jej ciało było sponiewierane długim, niekończącym się seksem – oblepione aromatycznymi wydzielinami, naszymi wspólnymi sokami miłości, moim nasieniem, jej wilgocią, potem spływającym po udach, po brzuchu, po wszystkim – i mimo to, a może właśnie dlatego, właśnie z tego powodu, że była taka rozpalona, taka zużyta, taka całkowicie moja, zdecydowałem się podjąć wyzwanie, zdecydowałem się zanurzyć w niej jeszcze głębiej, jeszcze bardziej intymnie, jeszcze bardziej całkowicie.
Moje usta muskały jej skórę tuż nad linią włosów łonowych – delikatnie, powoli, zostawiając za sobą wilgotny, błyszczący ślad.
Mój język sunął po niej leniwie, zataczając kółka, zbierając jej smak – słony, słodki, niebiański, grzeszny – zbierając jej zapach, który był jednocześnie wanilią, solą, potem i czymś jeszcze, czymś nieuchwytnym, czymś wyłącznie jej, czymś, co sprawiało, że oszalałem.
Lilia wygięła się pode mną – plecy uniosły się w najpiękniejszy, najbardziej niebiański łuk, brzuch napiął się, uda rozchyliły się szerzej, szerzej, szerzej, palce stóp zacisnęły się w ekstazie.
Jej oddech stawał się coraz cięższy, coraz bardziej urywany, coraz bardziej gorący – wdech, wydech, wdech, wydech, każdy coraz krótszy, coraz głębszy, coraz bardziej rozpaczliwy.
– Kuba… – jęknęła cicho, gardłowo, głosem, który był już tylko drżeniem, tylko błaganiem. – Och… co ty… co ty robisz…
Przesuwałem wargi jeszcze niżej – na wzgórek, na tę delikatną, wilgotną, pachnącą miłością górkę – muskając skórę wokół, okrążając powoli, bardzo powoli, jakby to był najświętszy krąg.
Jej łechtaczka – opuchnięta, twarda, błyszcząca – sterczała dumnie, błagała o dotyk.
Językiem musnąłem ją najpierw – delikatnie, koniuszkiem, okrężnie – a ona westchnęła głęboko, gardłowo, całym ciałem.
– Och nie… – jęknęła, wyginając się jeszcze wyżej. – Och tak… tak… Boże, tak mi rób…
Jej ręce wplotły się w moje włosy, ciągnęły, błagały, rozkazywały.
Jej biodra uniosły się lekko, szukając mnie, błagając o więcej.
– Jesteś cudowny… – westchnęła. – Kuba, chcę cię…
Tak bardzo chcę cię jeszcze raz…
Chcę cię w środku… we mnie…
Całego…
Boże, Kuba, pieść mnie… bierz mnie całą…
Och, jestem twoja…
I pieściłem ją dalej – wargami, językiem, dłońmi – powoli, z namaszczeniem, z miłością tak wielką, że prawie bolało.
Bo to nie był dotyk.
To była modlitwa.
I ona była moim niebem.
Na zawsze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz