Szukaj na tym blogu

28 marca 2026

Czerwona rybka

84. Miałem zostać tatą


Dopiero później, w tej jednej, jedynej, niepowtarzalnej chwili, gdy cały świat wokół nas – ten hałaśliwy, rozświetlony, pachnący potem i triumfem świat za sceną – nagle stał się odległy, jakby oddzielony niewidzialną, ciepłą, wilgotną mgłą naszej miłości, gdy wszystko do mnie dotarło, gdy wszystko zrozumiałem z całą głębią, z całą siłą, z całą niebiańską jasnością, gdy uświadomiłem sobie, jak wielkie, jak niezmierzone, jak nie do ogarnięcia mam szczęście, w moich oczach, bezwiednie, bez kontroli, bez żadnej możliwości powstrzymania, pojawiły się łzy – łzy gorące, ciężkie, słone, spływające po policzkach powoli, leniwie, jakby same chciały celebrować tę chwilę, jakby same chciały być częścią tego cudu.

Płakałem jak dziecko – płakałem bez wstydu, bez opamiętania, bez możliwości nad tym zapanowania, łzy mieszały się z potem na mojej skórze, z zapachem jej perfum, z zapachem jej ciała, z zapachem naszej miłości, która właśnie rozbłysła nowym, niebiańskim światłem.

A później opadłem na kolana przed nią – powoli, z namaszczeniem, z drżeniem całego ciała – chwyciłem jej biodra, te najcudowniejsze, najokrąglejsze, najcieplejsze biodra, które pamiętałem w każdym centymetrze, i mocno wtuliłem twarz w jej łono, w to najświętsze, najbardziej intymne miejsce, które pachniało nią, miłością, przyszłością, dzieckiem.

Czułem gorąco – gorąco jej ciała, gorąco jej skóry, gorąco jej miłości – czułem pulsujące ciepło, czułem życie, które już w niej rosło, czułem ten sam znajomy zapach – zapach jej wilgoci, jej potu, jej nektaru, jej wszystkiego, zapach, który był jednocześnie wspomnieniem naszych uniesień i obietnicą nowego początku.

– Będziemy mieli dziecko… będziesz miała nasze dziecko? – powtarzałem jak w transie, głosem drżącym, urywanym, pełnym łez, pełnym miłości, pełnym niedowierzania.

Wczepiła palce w moje włosy – tak, jak wtedy, kiedy się kochaliśmy, kiedy jej dłonie ciągnęły, błagały, rozkazywały – choć teraz miało to zupełnie inny wymiar, wymiar czułości, ochrony, przyszłości, i przytuliła mnie jeszcze mocniej do siebie, jeszcze bliżej, jeszcze głębiej.

– Tak, głuptasie… – wyszeptała, głosem drżącym, pełnym łez, pełnym miłości – będziemy mieli dziecko.

Będziesz tatą, rozumiesz to?

Miałem wrażenie, że moje serce zaraz wyskoczy mi z piersi – że bić będzie tak mocno, tak szybko, tak głośno, że cały świat je usłyszy, że cały festiwal, całe morze, całe niebo usłyszy to bicie.

– Jezu kochany… – jęknąłem, wtulając się w nią jeszcze mocniej, czując jej ciepło, jej drżenie, jej wszystko. – Jak my sobie damy radę…

Moja praca, Sztokholm, twoja kariera… przecież teraz posypią się propozycje…

Jesteś gwiazdą, Lilia…

– Kuba… – wyszeptała, gładząc moje włosy, muskając moje czoło, moje policzki. – Nie wiem, nie mam pojęcia…

Ale wiem, że kocham cię nad życie i niezależnie od tego, co się stanie, chcę być z tobą.

Wstałem – powoli, z drżeniem, z łzami na policzkach – i spojrzałem jej głęboko w oczy, w te czarne, błyszczące, pełne miłości i łez oczy.

Bałem się.

Pierwszy raz w życiu naprawdę się bałem – bałem się przyszłości, bałem się odpowiedzialności, bałem się, że nie podołam.

Po tym, co teraz się stało, wszystko zmieniło znaczenie – moja praca, pieniądze, i ona.

Teraz widziałem ją zupełnie inaczej – nie tylko jako moją rybkę, moją kochankę, moją miłość, ale jako istotę, o którą muszę zadbać w pierwszym rzędzie, jako matkę mojego dziecka, jako kobietę, która nosiła w sobie nasze wspólne życie.

Nie wiedziałem, co będzie jutro, za tydzień, za miesiąc – ale byłem pewien, czułem każdym nerwem, każdym oddechem, każdym uderzeniem serca, że chcę być z nią, z nią na zawsze.

Otarłem łzy wierzchem dłoni – drżącym, wilgotnym – i uśmiechnąłem się ciepło, przez łzy, przez miłość.

– Posłuchaj… – wyszeptałem, biorąc jej dłonie w swoje. – Nie mam pierścionka, ale kupię, obiecuję…

Lilia… wyjdziesz za mnie?

Teraz z kolei w jej oczach pojawiły się łzy – łzy gorące, ciężkie, błyszczące.

– Tak, Kuba… – wyszeptała, głosem drżącym, pełnym miłości. – Wyjdę za ciebie.

Kocham cię, łobuzie.

Masz o mnie dbać… o mnie i o nasze dziecko.

Wszystko inne jakoś się ułoży.

– Na pewno… – westchnąłem, przyciągając ją do siebie, czując jej ciepło, jej drżenie, jej wszystko.

Bałem się – bałem się nadal, bałem się przyszłości, bałem się odpowiedzialności.

A jednak było we mnie tyle odwagi i siły, że sam się zdziwiłem – tyle siły, ile dała mi ona, ile dało mi nasze dziecko, ile dała mi miłość.

Miałem zostać tatą.

I nie mogłem się poddawać.

I przytuliłem ją znowu – mocno, czule, na zawsze.

I trwało to – jej ciepło na mojej skórze, jej oddech na mojej szyi, jej łzy na moich policzkach, jej zapach w moich płucach.

I trwało to.

I trwało.

I trwało.


KONIEC

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...