Szukaj na tym blogu

14 marca 2026

Czerwona rybka

70. Wzięła mnie w swoją buzię


Mój penis, moje narzędzie rozkoszy, mój żar miłości, mój pulsujący żagiel napięty do granic, znalazł się tuż nad jej twarzą – gruby, twardy, opleciony siecią nabrzmiałych naczyń, które biły w rytm mojego serca, lśniący od soków naszych wspólnych uniesień, od nektaru jej wnętrza, od potu, od miłości, gotowy do ponownej penetracji, tylko czekający na pozwolenie, na błaganie, na rozkaz, by wtargnąć znowu w tę krainę rozkoszy, w tę gorącą, wilgotną, ciasną otchłań, która była jednocześnie niebem i piekłem, rajem i męką.

A kiedy wzięła go do ust – do tych rozpalonych, opuchniętych, mokrych ust, które pachniały mną i nią, miłością i grzechem – popłynąłem, poszybowałem do gwiazd, do najdalej­szych galaktyk rozkoszy, gdzie nie ma już czasu, gdzie nie ma już granic, gdzie istnieje tylko ona i ja, tylko nasze ciała splatające się w jedno, tylko nasze dusze rozpływające się w sobie nawzajem.

Nie było wytrysku – o nie, nie było tego ostatecznego rozładowania, tego błogosławionego końca – i może właśnie dlatego, właśnie z tego powodu wszystko było tak niezwykle intensywne, tak nie do zniesienia, tak niebiańsko-piekielne, że umierałem z rozkoszy, umierałem powoli, słodko, boleśnie, a jednocześnie nie mogłem doznać rozładowania, nie mogłem skończyć, nie mogłem przestać, bo ta słodka męczarnia zdawała się trwać wiecznie, wiecznie, wiecznie.

Wzięła mnie w swoją buzię – takiego brudnego, oblepionego wydzielinami naszych wspólnych uniesień, jeszcze ciepłego od poprzedniego spełnienia, jeszcze pachnącego nami – wzięła mnie bez pruderii, bez zniechęcenia, bez wahania, z pełnym zaangażowaniem, z taką miłością, z taką czułością, z taką nieprzyzwoitą namiętnością, że czułem, jak bierze nie tylko moje ciało, ale moją duszę, wszystko, czym byłem, wszystko, co miałem, wszystko, co mogłem jej oddać.

Chciałem krzyknąć, chciałem wyrzucić z siebie tę rozkosz, chciałem błagać o więcej, o jeszcze więcej, o wszystko, ale dokładnie w tym samym momencie zachwiałem się, straciłem równowagę, padłem twarzą prosto w jej rozpaloną, buchającą gorącem, ociekającą wilgocią jaskinię miłości – w tę najintymniejszą, najświętszą, najbardziej niebiańską otchłań, która pachniała nami, miłością, grzechem i niebem w jednym.

Szok – absolutny, miażdżący, niebiański szok – a jednocześnie jeszcze większa, jeszcze bardziej subtelna, jeszcze bardziej zmysłowa rozkosz zawładnęła każdą moją komórką, każdym nerwem, każdym oddechem, każdym uderzeniem serca.

Nie wypuściła mojego żaru – usłyszałem stłumiony jęk, głęboki, gardłowy, pełen miłości jęk, ale wciąż trzymała mnie w swoich ustach, zacisnęła je jeszcze mocniej, jeszcze cieplej, jeszcze bardziej niebiańsko, i znów kolejna fala, kolejna miażdżąca, nie do zniesienia fala rozkoszy zalała moje jestestwo.

Miałem wrażenie, że to koniec świata, że to armagedon, który spustoszy mnie doszczętnie, że to apokalipsa miłości, która rozedrze mnie na kawałki i poskłada na nowo w jej ramionach, w jej ustach, w jej wnętrzu.

I trwało to.

I trwało.

I trwało.

W słońcu wpadającym przez wielkie okno, w szumie sosen, w zapachu potu, miłości i nas.

Bo to nie był dotyk.

To była wieczność.

I my właśnie w niej żyliśmy.

Na zawsze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...